niedziela, 25 maja 2008

CO2, a gospodarka.

Ograniczenie unijnego przydziału limitów emisji dwutlenku węgla dla Polski może oznaczać, że niektóre branże przemysłowe zaczną się ekonomicznie dusić, a cała polska gospodarka wyhamuje i stanie się mniej konkurencyjna. Czy alarmistyczne głosy energetyków lub hutników to tylko element gry, czy też zagrożenie jest rzeczywiście tak poważne?
Komisja Europejska zmniejszyła Polsce na lata 2008-12 uprawnienia do emisji CO2 z 284,6 mln ton do 208,5 mln ton. Polski rząd zaskarżył decyzję do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, oceniając, że zbyt niski przydział może zagrozić rozwojowi krajowej gospodarki. W drugim okresie rozliczeniowym, w latach 2008-12, KE zastosowała ostrzejsze kryteria przyznawania pozwoleń na emisję CO2 , niemal zawsze przyznając niższe limity niż postulowały kraje członkowskie. Według Komisji, w pierwszym okresie pozwoleń zostało przydzielonych zbyt wiele, więc ich cena była stosunkowo niska (w drugiej połowie 2007 roku tona kosztowała kilka eurocentów). Dwutlenek nieszczęścia Dla Polski ograniczenie przydziału może mieć bardzo negatywne skutki. Z raportu "Potrzeby Polski w zakresie emisji CO2 w latach 2008-2012 [...]" przygotowanego na zlecenie Krajowego Administratora Systemu Handlu Uprawnieniami do Emisji (KASHUE) przypomniano, że prognozy rozwojowe Polski na lata 2008-12 i późniejsze znajdują bezpośrednie przełożenie na zapotrzebowanie w dobra inwestycyjne, energię elektryczną i cieplną . Ich urzeczywistnienie wymaga zatem wzrostu produkcji wszystkich branż gospodarki, a w konsekwencji także dokonywanej przez nie emisji CO2. Niedostosowanie przydziału praw emisji w okresie II KPRU do potrzeb wynikających z trendów rozwojowych spowoduje liczne negatywne konsekwencje, wśród których znajdują się: zahamowanie rozwoju gospodarczego Polski i w konsekwencji niewykorzystanie przez Polskę szansy likwidacji luki rozwojowej, jaką dała integracja z Unią Europejską , istotny wzrost konkurencyjności producentów spoza Unii Europejskiej i dyskryminacja producentów polskich i unijnych, przenoszenie przez producentów produkcji z Polski poza granice kraju - Unii (Ukraina, Białoruś , Rosja, Chiny), a w konsekwencji wzrost bezrobocia, spadek dochodów budżetowych, negatywny wpływ na finanse publiczne, ograniczenie atrakcyjności Polski dla inwestorów zagranicznych i w konsekwencji zahamowanie innowacyjności gospodarki, niewykorzystanie środków Funduszy Strukturalnych i Funduszu Spójności postawionych Polsce do dyspozycji w okresie budżetowym 2007-13. Wskutek zmniejszenia limitu emisji dla Polski, musiały zostać zmniejszone wewnątrzkrajowe przydziały. Do najbardziej poszkodowanych branż należy sektor elektrowni zawodowych, któremu ograniczono emisje o 12,5 proc. - Limity uprawnień do emisji CO2 są niewystarczające dla energetyki, ale ta branża ma największe możliwości zmniejszenia emisji gazów - ocenia prof. Maciej Nowicki, minister środowiska. Nowicki przypomina, że w Polsce jest wyjątkowe marnotrawstwo energii, a cena energii jest jedną z najniższych w Europie. Minister podkreśla, że niezbędne są działania prowadzące do zmniejszenia zużycia energii oraz poprawiające zarówno efektywność jej wytwarzania, dystrybucji oraz przesyłu. Z tym poglądem nie zgadza się branża elektroenergetyczna. - Taki podział uprawnień nie uwzględnia skutków ekonomicznych. Nie przeanalizowano, o ile wzrośnie inflacja, ile wzrośnie energia u producenta, czy inwestorzy przy wysokich cenach energii będą chcieli w Polsce inwestować - mówi Sławomir Krystek, dyrektor biura Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie. Krystek przyznaje, że rozwiązaniem kłopotów polskiej elektroenergetyki są inwestycje w nowe moce wytwórcze, ale przypomina, że obecnie trwają budowy jedynie dwóch dużych bloków: w elektrowni Łagisza, który ma być oddany w roku 2009 i w elektrowni Bełchatów, który ma zostać oddany w roku 2010. - Kolejnych dużych inwestycji nie widać. Formalności związane z budową nowego bloku mogą potrwać nawet trzy lata, do tego trzeba doliczyć 3-4 lata budowy bloku - zauważa Krystek. W ocenie Sławomira Krystka, Polska jest w trudniejszej sytuacji niż wiele innych krajów Unii Europejskiej. Niemcy zwiększają znacząco import gazu i trwają próby zmuszania tamtejszej energetyki, aby inwestowała w elektrownie gazowe, które emitują mniej CO2 niż elektrownie na węgiel kamienny i brunatny mające duży udział w produkcji energii w Niemczech. W najlepszej sytuacji jest Francja, gdzie ok. 84 proc. energii produkowanej jest w elektrowniach jądrowych, więc problem emisji CO2 tamtejszej energetyki prawie wcale nie dotyczy. TGPE ocenia, że już w czwartym kwartale br. cena energii u producenta wzrośnie nawet do 220-230 zł za MWh. Dla przypomnienia, pod koniec roku 2007 cena jednej MWh wynosiła ok. 129 zł. Krystek dodaje, że wskutek ograniczenia uprawnień do emisji CO2 dla elektroenergetyki wyraźnie spadnie wartość grup energetycznych, które przygotowują się do prywatyzacji. Elektrowniom zawodowym zabrano pozwolenia na emisję 12 mln ton CO2. Niewykluczone, że będą one musiały dokupić nawet 14-15 mln ton rocznie, ponieważ w Polsce o kilka procent rocznie wzrasta wolumen zużywanej energii. Pozwolenia na emisję 12 mln ton CO2 mogą kosztować od 30 mln euro do nawet 1,2-1,3 mld, ponieważ według niektórych prognoz cena uprawnienia do emisji jednej tony może kosztować nawet 100 euro. Komisja Europejska mówi w swoich dokumentach o cenie ok. 30-40 euro za tonę. - Pieniądze na zakup emisji energetyka weźmie z kieszeni odbiorców. Na skutek słabych połączeń transgranicznych nie będzie można importować energii do Polski, więc konkurencja na rodzimym rynku energii będzie żadna - prognozuje Sławomir Krystek. Coraz częściej przypomina się, że za kilka lat w Polsce zacznie brakować energii. Te braki, połączone z dużym deficytem uprawnień do emisji CO2, mogą spowodować, że - jak ocenia Krystek - cena energii w Polsce może być większa niż średnia cena w krajach Unii Europejskiej. Do tej pory jedną z przyczyn braku inwestycji w moce wytwórcze, bardziej sprawne i emitujące mniej CO2 niż stare bloki, była niska cena energii w Polsce. Nie wiadomo jednak, czy prognozowany wzrost cen energii doprowadzi do wzrostu inwestycji. - Powstaje pytanie, czy pieniądze ze wzrostów cen pozostaną w kieszeni inwestorów, czy też zostaną przeznaczone na pokrycie kosztów związanych z systemem handlu emisjami CO2 lub zostaną przeznaczone na cele pozainwestycyjne - zastanawia się Jarosław Mlonka, prezes Foster Wheeler Energia Polska. - Jeżeli cena energii wzrośnie, a wzrost będzie przede wszystkim podyktowany tylko wzrostem cen pozwoleń do emisji CO2, to dla wytwórcy niewiele się zmieni, tylko finalny odbiorca będzie więcej płacił za energię. Minister Nowicki zapowiedział co prawda, że jeżeli Komisja Europejska przyzna Polsce dodatkowe limity emisji CO2, to na pewno dostaną je elektrownie zawodowe. Tyle że nie wiadomo, czy to nastąpi. Krzywda hutnika - W opublikowanym 12 lutego 2008 roku nowym projekcie rozporządzenia rządu w sprawie Krajowego Planu Rozdziału Uprawnień (KPRU II) do emisji CO2 na lata 2008-12, w odniesieniu do projektu z grudnia 2007 roku, ogranicza się limit uprawnień dla sektora stalowego z 14,4 do 11,8 mln ton średniorocznie - mówi Romuald Talarek, prezes zarządu Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej. - Tym samym sektorowi stalowemu odebrano 2,6 mln ton uprawnień, skazując go na pogorszenie konkurencyjności względem producentów zagranicznych. Już dzisiaj import pokrywa krajowe zużycie stali w niemal 60 procentach. Każde kolejne restrykcje będą pogłębiać ten proces. Zdaniem Talarka, decyzja resortu dyskryminuje krajowych producentów stali i wzmacnia import. Paradoks tej decyzji polega dodatkowo na tym, że działają cy na polskim rynku globalni producenci w innych krajach, także w Europie Zachodniej, na identyczne instalacje otrzymali uprawnienia wyższe niż otrzymają w Polsce. - Pozbawia się ich zatem bodźców, aby rozwijali produkcję w naszym kraju, mimo systematycznie rosnącego zapotrzebowania rynku na stal - dodaje Talarek. - Przy podziale uprawnień w ramach branż nie oparto się ani na wskaźnikach jednostkowej emisji CO2, ani na jednolitej dla podmiotów metodzie rozdziału. Jednostkowe emisje CO2 w krajowym hutnictwie są niższe od wskaźników zachodnioeuropejskich. Uważam, że huty nie powinny być karane za pozytywne dokonania z okresu restrukturyzacji. Opinię tę podziela Wojciech Szulc, kierownik Zakładu Analiz Techniczno-Ekonomicznych Instytutu Metalurgii Żelaza. Jego zdaniem, mechanizm rozdziału uprawnień do emisji CO2 jest nietrafiony. - Odnoszę wrażenie, że nowe kraje członkowskie Unii Europejskiej zostały źle potraktowane, zważywszy na fakt, że kraje "starej" Unii dostały tyle, ile chciały - podkreśla Szulc. - To może spowodować, że potencjalni inwestorzy mogą zrezygnować z części planowanych w naszym kraju inwestycji. I zrealizują je tam, gdzie warunki okażą się bardziej korzystne niż w Polsce. Jak podkreśla Talarek, hutnictwo dzięki przeprowadzonej restrukturyzacji osiąga bardzo dobre wyniki w zakresie ochrony środowiska oraz efektywności energetycznej i gospodarczej. I dlatego nie należy dawać powodów właścicielom hut do inwestowania w krajach, w których limity są łagodniejsze. - Stanowczo protestujemy przeciwko odbieraniu hutnictwu uprawnień po to, by przekazać je nie zrestrukturyzowanej energetyce - dodaje Talarek. - Zupełnie niezrozumiała jest decyzja o odebraniu 21 proc. uprawnień hutom wytwarzającym stal w procesie elektrycznym, czyli najbardziej ekologicznym. To właśnie w takich instalacjach następuje pełny recykling złomu stalowego. Przed Polską staje problem utylizacji starych samochodów, których od czasów naszej akcesji do UE sprowadzono ponad 3,5 mln sztuk. Jak zatem tego dokonać przy brakujących uprawnieniach do emisji? Ponadto w projekcie nie znajdujemy żadnego merytorycznego uzasadnienia dla zmniejszenia o 30 proc. przydziału uprawnień dla nowoczesnego, pracującego na potrzeby licznych gałęzi gospodarki przemysłu materiałów ogniotrwałych. Biedni i bogaci Elektroenergetyka i górnictwo to naczynia połączone. Dlatego też sektor węglowy mocno wspiera elektroenergetykę w walce o rozdział limitów dwutlenku węgla. - Oby nie doszło do powstania podziału na bogatych, których stać będzie na dokupywanie limitów na wolnym rynku oraz na biednych, którzy nie będą sobie mogli na to pozwolić - ocenia Maksymilian Klank, szef Euracoal, organizacji zrzeszającej producentów węgla kamiennego i brunatnego oraz prezes Związku Pracodawców Górnictwa Węgla Kamiennego. - Potrzebne są zatem rozwiązania, które zwracałyby też uwagę na te biedniejsze kraje i na ich sytuację. Związek Pracodawców Górnictwa Węgla Kamiennego wystosował do premiera Donalda Tuska pismo dotyczące rozdziału uprawnień do emisji dwutlenku węgla. W piśmie zaznaczono, że branża górnicza z niepokojem śledzi problematykę związaną z przyjęciem Krajowego Planu Rozdziału Uprawnień do emisji dwutlenku węgla na lata 2008-12. - To przełoży się na ograniczenie rozwoju całej polskiej gospodarki - mówi Maksymilian Klank. - Energetyka zawodowa, będąca strategicznym partnerem górnictwa, została w istotny sposób dotknięta ograniczeniem. Środowisko górnicze konsekwentnie wskazuje, że górnictwo węgla kamiennego musi mieć zapewniony stabilny odbiór węgla i odpowiednie przychody z jego sprzedaży - chociażby w kontekście realizacji niezbędnych inwestycji w górnictwie. - Obecnie na rynku światowym mamy koniunkturę na rynku węgla koksowego i energetycznego - mówi Dominik Kolorz, szef górniczej Solidarności. - Jednak nie wiadomo, jaka sytuacja na rynku będzie za kilka lat. Gdyby polska elektroenergetyka ograniczała swe moce produkcyjne ze względu na limity dwutlenku węgla, to odbiłoby się to negatywnie na górnictwie. Branża górnicza oczekuje, że rząd podejmie skuteczne działania dla zwiększenia puli uprawnień do emisji dwutlenku węgla dla Polski oraz opracuje strategię rozwoju energetyki i górnictwa węgla kamiennego - uwzględniając przy tym politykę energetyczną Unii Europejskiej ukierunkowaną na nisko emisyjną produkcję energii elektrycznej. Według środowiska górniczego, niezbędne jest zweryfikowanie projektu Krajowego Planu Rozdziału Uprawnień do emisji dwutlenku węgla na lata 2008-12. - Rozdział limitów emisji dwutlenku węgla powinien być sprawiedliwy i proporcjonalny dla poszczególnych sektorów gospodarki - zaznacza Kolorz. - Niestety tak nie jest. Chemia - alternatywnie Branży chemicznej przyznano wstępnie limity w ilości 5,2 mln jednostek. - To zbyt mało, choć z racji np. tego, jaka będzie aura, wielkość potrzebnego limitu może zmieniać się - tłumaczy Jerzy Majchrzak, dyrektor Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. Największym "limitochłonnym" działem chemii jest energetyka zakładowa. Mimo stosunkowo nowoczesnych urządzeń, wciąż emituje ona sporo CO2. Spory udział w emisji mają także wykorzystywane w chemii technologie, ale tych na szczęście emisji nie bierze się pod uwagę. Najłatwiejsze jest dokupienie limitów na rynku. Jednak może to spowodować podniesienie kosztów produkcji i w efekcie mniejszą konkurencyjność naszych spółek chemicznych. Drugie rozwiązanie to odnowienie energetyki tak, aby emitowała ona mniej zanieczyszczeń. Największy problem to kwestie finansowe. Dodatkowo limity praktycznie już obowiązują, a inwestycje wymagają czasu. Trzecim rozwiązaniem może być zlikwidowanie tych działów produkcji, które odpowiadają za największą emisję. Firmy mogą np. kupować półprodukty od firm rosyjskich. Co ciekawe, zakłady chemiczne raczej nie planują przestawienia swoich kotłowni na bardziej ekologiczny surowiec, np. gaz. - Powód jest dla nas dość oczywisty. Gaz szybko drożeje, nie możemy więc zużywać go jeszcze więcej, bo to mogłoby oznaczać wzrost kosztów - wyjaśnia Majchrzak.

6 bilionów dochodów dla państw arabskich z wydobycia ropy naftowej.

To wprost niewyobrażalna suma – według szacunków ekonomistów zajmujących się Bliskim Wschodem – państwa takie jak Arabia Saudyjska czy Emiraty Arabskie do 2020 r. zarobią na handlu ropą 6 bln dolarów. Czy świat będzie w stanie odzyskać te pieniądze?
– Dzięki stałemu wzrostowi cen ropy państwa arabskie są dziś jednymi z najbardziej prestiżowych adresów w świecie finansowym. Miliardy płyną tam szerokim strumieniem, za każdym razem, kiedy na świecie kierowcy tankują swoje samochody. Jednak zamiast im zazdrościć, już dziś warto się zastanowić jak sprawić, by pieniądze te na nowo wpompować do obiegu światowej gospodarki. Jak podkreślają eksperci, państwa Bliskiego Wschodu dysponują dziś ogromną wprost wypłacalnością. Nic dziwnego, jeśli szacuje się, że do 2020 r. będą dysponować 6 bln dolarów. Jednocześnie można się liczyć z tym, że część tej sumy zainwestują we własną infrastrukturę, a to oznacza, że udział w ich bogactwie będą mogły mieć firmy z całego świata.Inwestycje w EuropęRządy tych państw będą musiały zadbać, by zarobione petrodolary nie poszły na marne i odpowiednio podniosły stopę życia w ich krajach. Pieniądze ulokują oczywiście w największych instytucjach finansowych, takich jak ADIA, która ma swoja siedzibę w Dubaju. Już dziś zarządza ona sumą ponad 850 mld USD. Pieniądze inwestuje w amerykański przemysł czy w Europejski Koncern Lotniczo-Rakietowy i Obronny, ale także w europejskie banki. Inna – jedna z najstarszych tego typu instytucja w państwach arabskich, stworzona przed 54 laty – znajdująca się w Kuwejcie KIA – inwestuje między innymi w przemysł motoryzacyjny. Ma 7,2 proc. udziałów w Daimlerze i ta liczba głosów pokazała, że może czasami mieć decydujące znaczenie co do przyszłości spółki.Petrodolary i stabilizacjaPytanie, jakie dziś zadają sobie wszyscy, to czy pieniądze te będą nadal inwestowane w taki konserwatywny i pasywny sposób – poprzez wykup udziałów w światowych przedsiębiorstwach, czy też wraz z rosnącą sumą do zainwestowania państwa arabskie zaczną poszukiwać dla siebie także bardziej agresywnych strategii inwestycji. Już wiadomo, że arabskie instytucje finansowe wykorzystały światowy kryzys, by wykupić udziały w nękanych problemami największych światowych bankach. Dzięki temu uzyskają one dostęp do najbardziej wrażliwych ośrodków gospodarki światowej. Z drugiej strony nie należy zapominać, że to właśnie petrodolary uratowały przed upadkiem takie instytucje jak Citygroup, czy UBS, a tym samym zapewniły stabilizację całemu rynkowi.Ekonomia i polityka?Eksperci uświadamiają sobie jednak ryzyko, jakie pociąga za sobą taka sytuacja. Czy arabskie instytucje nie zechcą poza celami ekonomicznymi, realizować także celów politycznych? I które kraje należałoby podejrzewać o takie motywacje? Pytanie czy prędzej nie okazałaby się ta teza prawdziwa w przypadku innych wygranych kryzysu, takich jak Chiny czy Rosja, niż w przypadku państw arabskich. Jednak w obawie przed tego typu inwestorami, rządy niektórych państw już pracują nad zmianą ustawodawstwa, które ograniczałoby, chociaż częściowo, wpływy na narodowe firmy, nielubianych, bo obcych inwestorów.Kto pierwszy ten lepszyNależy jednak pamiętać, że nie warto odstraszać tego kapitału z Europy czy Ameryki, bo być może to jeden z niewielu sposobów na to, by pieniądze, które codziennie wydajemy, powróciły z powrotem do europejskich gospodarek. Jeśli jeden kraj zastosuje zbyt ostre restrykcje, nic nie będzie stało na przeszkodzie, by ulokować pieniądze gdzie indziej. Pytanie jednak, dla kogo będzie to strata. Nie stać nas, by sugerować państwom arabskim, że ich pieniądze nie są mile widziane, bo to nieprawda – podkreślają eksperci. W końcu również europejskie firmy są zmuszone do konkurencji na całym świecie, co nie oznacza od razu, że poza celami gospodarczymi, realizują jeszcze jakieś cele polityczne.Niemile widziani?Szef jednej z największych państwowych instytucji finansowych Scheich Badir al-Saad, już dziś ostrzega Europę przed zbytnimi obostrzeniami dla funduszy. „Zbytnia biurokracja może sprawić, że napływ kapitału do niektórych państw może być poważnie ograniczony” – powiedział szef kuwejckiego funduszu KIA. Fundusz ten inwestuje w Europie od 45 lat, przede wszystkim w sektor bankowy. „I przez te wszystkie lata pokazał się jako poważny gracz” – dodaje Scheich Badir al-Saad. Podkreślił jednocześnie, że w ostatnim czasie jego przedstawiciele nie czują się mile widziani.Dolarowy recyklingZ drugiej strony również europejskie i amerykańskie firmy z chęcią pomogą państwom arabskim w wydawaniu ich ciężkich milionów. Przykładem może być dynamicznie rozwijający się Dubaj, który chętnie zatrudnia zagranicznych specjalistów w dziedzinie budownictwa czy medycyny. Europejskie firmy czują się tam dziś jak u siebie w domu. Rośnie również eksport do tych krajów. Zamiast więc martwić się wydawanymi sumami, warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób sprawić, by petrodolary znowu powróciły do kraju, w którym je wydano i by, podobnie jak ropa samochód, napędziły światową gospodarkę. Niniejszą informację zamieszczam jako kontrast do informacji o głodzie. Jak daleko jesteśmy od barbarzyństwa?

Marnotrastwo żywności, a głód.

Na świecie panuje głód, ceny żywności gwałtownie rosną, a Brytyjczycy wyrzucają co roku na śmietnik produkty spożywcze warte 10 miliardów funtów - alarmuje "The Independent". Według dziennika, przeciętna brytyjska rodzina marnuje rocznie żywność wartą 610 funtów.Codziennie mieszkańcy Wysp wyrzucają między innymi 220 tysięcy bochenków chleba, przeszło 5 milionów ziemniaków, ponad milion kiełbasek, tyleż jogurtów i ponad 600 tysięcy jajek. Najczęściej jest to żywność nawet nie napoczęta, wyrzucona z lodówki z powodu przeterminowania.Szokujące dane o marnotrawstwie wyspiarzy podało rządowe biuro, które - za zgodą właścicieli - badało zawartość kubłów na śmieci należących do 2138 rodzin.
W opinii dziennika, w Wielkiej Brytanii szerzy się kultura wyrzucania i nieszanowania żywności. Gazeta podkreśla, że jest to szczególnie naganne w sytuacji, gdy na świecie głodują miliony ludzi, a zamieszki spowodowane niedoborem żywności wybuchają od Haiti po Mauretanię i od Jemenu po Filipiny.W Wielkiej Brytanii ceny żywności wzrosły w ostatnich miesiącach prawie o 5 procent. Wielu ludzi narzeka, że nie może związać końca z końcem. Tymczasem - jak podkreśla "The Independent" - wystarczy tylko nie marnować tego, co się ma w lodówce. Około 600 milionów ludzi w Afryce subsaharyjskiej, ChRL, Birmie, Indiach i innych regionach odżywia się za 1 dolara, a czasem nie odżywia się bo nie ma nawet na dolara. Gdzie jest sumienie tych co wydają miliardy na zbrojenia, promowanie wyznań religijnych, wczasy i różnego rodzaju dyskusyjne wydatki, a powołują się w swoich działaniach na sumienie?!

czwartek, 22 maja 2008

Skutki idiotyzmu urzędników.

Według szacunków CASE aż 10% ogółu osób zatrudnionych wykonuje pracę w szarej strefie i jest to ok. 1,3 mln osób. Traci na tym budżet państwa, bo ma mniejsze wpływy z podatków, ale także mniej składek ma również ZUS, który z bieżących wpływów od legalnie zatrudnionych pracowników finansuje świadczenia społeczne. Trwają prace legislacyjne nad zmianą tej sytuacji. Obecnie mamy w Polsce blisko 4,5 mln emerytów. Z tego co czwarty pobiera wcześniejszą emeryturę. Wkrótce poznamy projekt nowej ustawy, zmniejszającej liczbę zawodów, które uprawniają do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Dziś renciści podobnie jak wcześniejsi emeryci mogą dorobić tylko do 70% średniej krajowej. Jeśli zarobią więcej, emerytura ub renta jest im zmniejszana. Ministerstwo pracy zamierza znieść te ograniczenia. Zamierza stworzyć warunki dla zalegalizowania pracy niań (ok. 100 tys. osób). To kolejne sposoby na ograniczenie pracy w szarej strefie.Sam osobiście prowadziłem uczciwą, zarejestrowaną, pod szczególnym nadzorem podatkowym Komisarzy UKS i UC działalność gospodarczą. Odprowadzałem w różnej formie pośrednio i bezpośrednio ponad osiemdziesiąt tysięcy podatków i składek miesięcznie. Zatrudniałem 35 pracowników. Głupota urzędników doprowadziła do tego że zlikwidowano działalność , nie pracuje, inni też nie pracują, nie odprowadzam żadnych danin w żadnej formie i z głębokim bólem bezsilnie przyglądam się jak głupota urzędników i funkcjonariuszy państwowych niszczy ludzką inicjatywę i po przez to niszczy Nasze Państwo. Panie i Panowie Posłowie przestańcie opowiadać i mącic ludziom o reformach, a weźcie się do roboty i uporządkujcie system prawny Państwa i stwórzcie system kontroli i odpowiedzialności wymiaru sprawiedliwości i organów mu podlegających takich jak np. komornicy. Pamiętajcie, że "BMW" w komitetach partyjnych rozwaliło system komunistyczny i ten sam system jest wdrążony obecnie do administracji Państwa, a szczególne miejsce ma to w sądownictwie i prokuraturze. Powyższe dane są skutkiem dewiacji w systemie sprawowania władzy państwowej przez miernych urzędników.Z raportu firmy doradczej Ernst&Young wynika, że w polskich przedsiębiorstwach poziom korupcji jest ponad dwa razy wyższy niż w krajach Europy Zachodniej. Wynika też z niego, że tylko 16% naszych firm postrzega ją jako poważne zagrożenie dla biznesu. W Europie Zachodniej stanowi ona ważny problem dla 25% przedsiębiorstw. Aż 12% polskich firm twierdzi, że powodem utraty kontrahenta było wręczenie mu łapówki przez konkurencję. Podobnie uważa 8% przedsiębiorstw z Europy Zachodniej i 17% z krajów rozwijających się (m.in. z Czechy, Węgier oraz Rosji). Co czwarta polska firma twierdzi, że poziom wykrywalności łapownictwa w naszym kraju nie zmienił się w ciągu ostatnich pięciu lat, a 54% rodzimych przedsiębiorstw jest przekonanych o skuteczności organów ścigania, podczas gdy w Europie Zachodniej – 85% firm.

Energia odnawialna w Polsce.

Do roku 2020 Polska musi zwiększyć do 15%, z obecnych 3,8% udział energii elektrycznej wytwarzanej ze źródeł odnawialnych. Jeśli nie osiągniemy tego poziomu, nasz kraj będzie musiał kupować tak zwane "zielone certyfikaty" od krajów mających nadwyżki w produkcji energii odnawialnej. Według ekspertów Grupy Energetycznej firmy doradczej Deloitte niezbędny jest szereg działań wspierających jej produkcję oraz likwidacja obecnie istniejących barier. W całej Unii Europejskiej do 2020 roku ilość energii ze źródeł odnawialnych ma wzrosnąć do 20%. Według projektu nowej Dyrektywy w sprawie promocji odnawialnych źródeł energii Polska zobowiązana jest do zapewnienia udziału energii odnawialnej na poziomie 15%. W tej chwili produkuje 4 – 5%. Dla porównania, kraje takie jak Szwecja czy Łotwa będą musiały zapewnić udział energii z wiatru, słońca, wody czy biomasy w całkowitej energii sprzedanej odbiorcom końcowym na poziomie powyżej 40%. Kraje, które nie osiągną ustalonego dla siebie poziomu będą musiały płacić za tzw. „zielone” certyfikaty. Udział energii elektrycznej z OZE w całkowitej sprzedaży energii elektrycznej odbiorcom końcowym w Polsce w latach 2005 - 2014 [%] „Krajowe regulacje przewidują, że w latach 2010 – 2014 udział odnawialnych źródeł energii w całkowitym jej zużyciu ma wynosić nieco ponad 10%. Z uwagi na przyjęcie przez Komisję Europejską nowej Dyrektywy, konieczne będzie dostosowanie regulacji krajowych do nowych celów unijnych. To jednak początek drogi, ponieważ zrealizowanie zakładanych celów wymaga całego szeregu zmian prawnych, które ułatwią produkcję energii ze źródeł odnawialnych w Polsce” – mówi Marek Kamiński, Dyrektor w Grupie Energetycznej Deloitte. Unia Europejska pozostawia krajom członkowskim swobodę wyboru technologii, prowadzących do osiągnięcia zakładanego udziału energii odnawialnej. Według ekspertów Deloitte, w Polsce zdecydowanie największy potencjał rozwoju posiada energetyka oparta o biogaz i wiatr. W przypadku energetyki wodnej, która posiada obecnie największy udział w produkcji energii ze źródeł odnawialnych w Polsce, potencjał rozwoju jest umiarkowany, a w przypadku dużych elektrowni wodnych, niewielki. Struktura produkcji energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii w latach 2000-2006 „Obecnie koszt wytworzenia 1 MWh ze źródeł odnawialnych jest znacznie wyższy, niż w przypadku energii wytworzonej ze źródeł konwencjonalnych. Odnawialne źródła energii mają jednak praktycznie nieograniczone zasoby i są przyjazne dla środowiska, co powoduje, że warto zapewnić odpowiedni system wsparcia do ich rozwoju. Na poprawę konkurencyjności OZE w stosunku do paliw kopalnych wpływa również brak kosztów związanych z emisją dwutlenku węgla oraz niskie tzw. koszty „zewnętrzne ” – dodaje Aleksander Gabryś z Deloitte. Kluczowym działaniem dla zwiększenia produkcji energii ze źródeł odnawialnych w Polsce, a co za tym idzie, wypełnienia celów stawianych przez Unię Europejską, jest według ekspertów Deloitte optymalne wykorzystanie wszystkich technologii wytwarzania energii odnawialnej oraz rozbudowa Krajowego Systemu Elektroenergetycznego (KSE). Istotne, z punktu widzenia rozwoju produkcji energii ze źródeł odnawialnych, jest także zapewnienie stabilności i przewidywalności otoczenia regulacyjnego. Warto wykorzystać także środki finansowe przewidziane w funduszach unijnych na rozwój energetyki odnawialnej. Kolejnym ważnym elementem dotyczącym produkcji energii ze źródeł odnawialnych, na który zwracają uwagę eksperci Deloitte są bariery podatkowe. „Obecnie obowiązujące przepisy pozostawiają wątpliwości interpretacyjne, co do opodatkowania budowli energetycznych podatkiem od nieruchomości. Stawka tego podatku wynosi 2% wartości początkowej budowli. W praktyce, firmy energetyczne obciąża często podatek nie tylko od wartości części budowlanych, ale także od wartości najbardziej kosztownych elementów, jakimi są urządzenia montowane na nich – np. turbiny masztów wiatrowych. Również, inne zagadnienia, specyficzne dla sektora energetycznego, nie zostały jasno uregulowane w polskich przepisach. Rozwiązaniem może być wydanie przez Ministerstwa Finansów interpretacji ogólnej w tym zakresie lub zwrócenie się przez poszczególnych przedsiębiorców o interpretacje indywidualne” – mówi Marcin Matyka, starszy menedżer z Grupy Energetycznej Deloitte. „W Polsce mamy już specjalną ustawę, która ma usprawnić przygotowania do organizacji Euro 2012, być może warto zastanowić się nad ustawą promującą rozwój produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Dzięki temu nasz kraj będzie mógł spełnić wymagania stawiane przez Unię Europejską oraz korzystać z niewyczerpanych źródeł energii” – konkluduje Marek Kamiński z Deloitte.

Polska bieda.

Ponad 35 proc. Polaków mówi, że nie stać ich na posiłek zawierający mięso, drób albo ryby przynajmniej co drugi dzień - wynika z opublikowanego w czwartek raportu Komisji Europejskiej o sytuacji społecznej w UE. To jeden z najgorszych wskaźników w UE. Gorsza sytuacja panuje tylko w Słowacji (41 proc.) i na Łotwie (37 proc.). Ogólnie odsetek osób, których nie stać na posiłek mięsny przynajmniej raz na dwa dni, jest znacznie wyższy w nowych niż w starych krajach członkowskich.Komisja Europejska uznała te dane za "niepokojące". Po pierwsze dlatego, że według Światowej Organizacji Zdrowia posiłek mięsny co dwa dni to jedna z podstawowych potrzeb współczesnego człowieka. Po drugie zaś dlatego, że według szczegółowych danych, na taki "przyzwoity" posiłek nie stać także osób, które zarabiają powyżej 60 proc. przeciętnego krajowego wynagrodzenia.Według KE, 60 proc. to pułap biedy albo zagrożenia biedą. KE tłumaczy, że zarobki poniżej tego progu uniemożliwiają pełne uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i kulturalnym - stąd mowa o tzw. wykluczeniu, które jest pojęciem szerszym niż bieda.Według raportu blisko dwie trzecie Polaków, których nie stać na mięso, zarabia powyżej krytycznego progu 60 proc.Z raportu, który podsumowuje dane z roku 2005, wynika także, że blisko co czwartego Polaka nie stać na samochód (na Łotwie 38 proc. ludności), zaś ok. 6 proc. - na telefon, kolorowy telewizor albo pralkę (dla porównania - na Litwie i Łotwie 16 proc.).Celem raportu KE jest analiza, na ile kraje "27" zapewniają równe szanse swoim obywatelom. Przykładem może być dostęp do wyższego wykształcenia. Raport potwierdza oczywiście, że dzieci rodziców z wyższym wykształceniem mają większe szanse na ukończenie studiów niż ich koledzy - dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym. Między krajami członkowskimi występują jednak znaczne różnice. W Niemczech, a także Finlandii, Wielkiej Brytanii, Estonii, Szwecji i Holandii te szanse są dwa-trzy razy większe, podczas gdy w Polsce - blisko 10 razy (ale w młodszych grupach wiekowych jest tendencja spadkowa), zaś w Czechach - 11 razy.KE zauważa, że poziom wykształcenia jest ściśle powiązany z groźbą bezrobocia, wysokością zarobków i ogólnym poziomem życia. Tymczasem schemat "syn szewca będzie szewcem, a syn menedżera - menedżerem" grozi utrwaleniem wykluczenia społecznego w kolejnych pokoleniach, a w skali kraju - nierówności społecznych.Z raportu wynika, że w 2004 roku 22 proc. mieszkańców UE, czyli ok. 100 mln osób, musiało sobie radzić z zarobkami poniżej 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia w UE. W statystykach KE uwzględnia różnice w sile nabywczej w poszczególnych krajach, stosując wskaźnik Purchasing Power Standard (PPS), oparty na dochodzie narodowym brutto w przeliczeniu na mieszkańca.Najwięcej takich ubogich osób mieszka oczywiście w nowych krajach członkowskich UE, ale okazuje się, że zaskakująco wysoki jest odsetek w bogatych krajach starej UE: 11 proc. z nich mieszka w Hiszpanii, 9 proc. we Włoszech, zaś 7 proc. w Niemczech. Na Polskę, która jest największym z nowych krajów członkowskich, przypada 29 proc. osób, które żyją poniżej unijnego progu ubóstwa, i aż 40 proc. wszystkich obywateli UE zarabiających poniżej 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia w UE, z uwzględnieniem siły nabywczej złotego.

wtorek, 20 maja 2008

Reforma rolna w UE - propozycje.

Komisja Europejska przyjęła szczegóły zapowiadanej od dawna "modernizacji" Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), proponując redukcje dopłat bezpośrednich dla rolników jeszcze w trwającym obecnie planie budżetowym 2007-13.
KE woli proponowanych zmian nie nazywać "reformą" i używa określenia "Health Check", czyli bilans Wspólnej Polityki Rolnej; przekonuje, że nie chodzi o radykalne reformy, ale o dostosowanie WPR do dzisiejszych realiów - rosnących cen rynkowych, zmian klimatycznych i globalizacji.Komisja chce, by już teraz, w ramach przyjętej puli wydatków na rolnictwo w budżecie 2007-13, odchodzić od krytykowanych najgłośniej przez Brytyjczyków dopłat bezpośrednich dla unijnych rolników. Zaoszczędzone środki mają być przeznaczone na rozwój obszarów wiejskich. To wstęp do negocjacji nad następnym budżetem po 2013 roku i "cicha, ukryta renacjonalizacja Wspólnej Polityki Rolnej, z czym Polska się nie zgadza" .Propozycje KE skrytykowały organizacje COPA i COGECA, reprezentujące europejskich rolników i spółdzielnie rolnicze w Brukseli. "Popieramy oczywiście rozwój obszarów wiejskich. Jednak obecnie naszym priorytetem jest zapewnienie rolnikom optymalizacji potencjału produkcji, a jednocześnie produkcja żywności według bardzo rygorystycznych i kosztownych europejskich standardów w kwestii bezpieczeństwa żywności, ochrony środowiska i dobrostanu zwierząt" - wyjaśnił wiceprzewodniczący Komitetu COPA Gerd Sonnleitner.W żargonie unijnym mówi się o tzw. modulacji, czyli zwiększaniu wydatków na tzw. drugi filar WPR (rozwój obszarów wiejskich) kosztem I filara, czyli dopłat bezpośrednich dla rolników. Obecnie modulacją objęci są wszyscy producenci rolni w starych krajach UE, którzy otrzymują powyżej 5 tys. euro dopłat bezpośrednich rocznie. 5 proc. tych dopłat tracą na korzyść wsparcia rozwoju rolnego w swoim kraju.KE zaproponowała zwiększenie od 2012 roku tego odsetka do 13 proc. dla rolników ze starych państw członkowskich.Rolników z nowych państw UE modulacja ma zacząć obowiązywać dopiero od 2012 roku i wynosić 3 proc. Do tego czasu dopłaty bezpośrednie dla rolników z nowych państw mają rosnąć, by zgodnie z traktatem akcesyjnym osiągnąć poziom dopłat w starych krajach.Jeszcze większą modulacją i to natychmiast po przyjęciu pakietu propozycji KE, objęci zostaną najwięksi producenci rolni w UE. Ci, którzy otrzymują rocznie ponad 100 tys. euro w ramach dopłat bezpośrednich, będą na modulację oddawać dodatkowe 2 proc,; ci, którzy dostają ponad 200 tys. - 6 proc., a osoby, które otrzymują ponad 300 tys. euro - 9 proc.W przypadku producentów rolnych z nowych państw UE te zasady mają wejść w życie także dopiero od 2012 roku.W ramach "Health Check" KE zaproponowała też stopniowe zwiększenie kwot mlecznych, tak by od kwietnia 2015 roku znikły zupełnie, a rolnicy mogli produkować tyle mleka, ile dyktuje im rynek. By zapewnić "miękkie lądowanie", Komisja proponuje w międzyczasie dla wszystkich państw UE cztery jednoprocentowe wzrosty kwot mlecznych między rokiem 2010/11 a 2013/14.KE chce też dokonać oddzielenia płatności bezpośrednich od wielkości produkcji. W ramach reformy WPR w 2003 roku dokonano "odłączenia" pomocy bezpośredniej dla rolników, co oznacza, że płatności przestały być powiązane z wielkością produkcji poszczególnych produktów. Niektóre z państw członkowskich zdecydowały się jednak utrzymać stary system. Teraz KE chce usunąć płatności związane z wielkością produkcji i wprowadzić system płatności jednolitej, z wyjątkiem premii z tytułu krów mamek, kóz i owiec. W nowych krajach UE już obowiązuje uproszczony system płatności powiązany nie z produkcją, ale wielkością gospodarstwa. Zgodnie z zapowiedziami, KE zaproponowała utrzymanie go do 2013 roku.Komisja zaproponowała też, by państwa członkowskie stosowały płatność minimalną w wysokości 250 euro na jedno gospodarstwo lub minimalną powierzchnię 1 hektara.KE przekonuje, że obowiązujące w UE mechanizmy interwencyjne dotyczące zaopatrywania rynku ograniczają dziś zdolności rolników do reagowania na sygnały rynkowe. Dlatego Komisja zaproponowała zniesienie interwencji w odniesieniu do pszenicy durum, ryżu i wieprzowiny. W przypadku zbóż paszowych interwencja zostanie ustalona na zerowym poziomie. Pszenica zwyczajna, masło i odtłuszczone mleko w proszku zostaną objęte zasadami przetargowymi.Szereg mniejszych programów wsparcia zostanie odłączonych i przeniesionych do systemu płatności jednolitej. W przypadku konopi, suszu paszowego, roślin wysokobiałkowych i orzechów odbędzie się to od razu. W odniesieniu do ryżu, ziemniaków skrobiowych i długiego włókna lnianego ustanowiony zostanie okres przejściowy.Ponadto KE proponowała całkowite zniesienie dopłat dla roślin energetycznych, by nie promować dodatkowo produkcji budzących coraz większe kontrowersje biopaliw pierwszej generacji.KE liczy na porozumienie w sprawie propozycji legislacyjnych "Health Check" w listopadzie - zanim od 1 stycznia 2009 roku wejdzie w życie nowy Traktat z Lizbony. Wówczas Parlament Europejski zyska kompetencje tzw. współdecydowania z Radą ministrów rolnictwa UE w sprawach WPR i kompromis będzie jeszcze trudniej uzyskać.