Za panowania dynastii Ming (1368-1644) chiński żeglarz admirał Zheng He (w rzeczywistości był muzułmaninem z grupy Huej) opłynął gigantyczną flotą na ówczesne czasy składającą się z 69 galeonów, 100 mniejszych staktów i 30 tysięcy żołnierzy prawie całą Afrykę nie niepokoiąc jej mieszkańców, a odpływając zabrał na statek jedynie żyrafę . Chińczycy nie skolonizowali jednak wtedy Czarnego Lądu. Zrobili to inni. Przez znaczną część swojej historii Chiny i cywilizacja chińska były najpotężniejszym państwem świata. Dzięki dużej ilości taniej siły roboczej Chiny znajdowały się w 1860 r. na drugim miejscu na świecie pod względem produkcji przemysłowej, a jeszcze na początku XX w. przemysł chiński wytwarzał trzecią część produktu globalnego. W regionalnym systemie międzynarodowym Chiny zajmowały do połowy XIX w. pozycję hegemonistyczną, tworząc hierarchiczny układ oparty na przekonaniach i wartościach stanowiących o istocie konfucjańskiego kręgu kulturowego. Zapoczątkowany klęską w I Wojnie Opiumowej okres stuletniej dominacji obcych mocarstw przyniósł nie tylko pozbawienie Chin statusu mocarstwa, ale także wpisał się w erę chaosu i wewnętrznego osłabienia państwa. Dziś jakby powoli Chiny przymierzają się do nadrobienia zaległości sprzed kilkuset lat. Afryka to 53 państwa i 10 obszarów autonomicznych. 22% całkowitej powierzchni ziemi i od 2009 roku już trochę ponad miliard mieszkańców. 70% światowej produkcji kakao i 50% produkcji diamentów pochodzi właśnie z Afryki. Ale Afryka, zwłaszcza środkowa i południowa, to nie jest ta bogata część naszego świata. Chiny i Afryka to przykład na współczesny boom gospodarczy albo na nowoczesny kolonializm pod inną nazwą. Chiny od roku 2000 zwiększyły swój handel z Afryką dziesięciokrotnie. Główny partner to Angola. Chińczycy sprowadzają z Afryki przede wszystkim ropę i inne surowce naturalne, w tym również drewno. Chińczykom w handlu nie przeszkadza w niczym fakt, że afrykańskie reżimy robią nadal, co zechcą. Póki co, według szacunków agendy ONZ do spraw wyżywienia i gospodarki rolnej (FAO) w minionych trzech latach zagraniczni inwestorzy nabyli lub wydzierżawili w Afryce około 20 milionów hektarów powierzchni rolniczej. W ostatnim roku byli to przede wszystkim inwestorzy z Chin i Arabii Saudyjskiej. Uprawa zbóż i roślin do produkcji paliw biologicznych staje się dla nich w Afryce bardzo atrakcyjna. Ziemia odbierana jest często lokalnym rolnikom, co pociąga za sobą masową degradację całych regionów i masową migrację ludności.
Politykę zagraniczną ChRL na początku XXI wieku cechuje nowa jakość, która jest konsekwencją przede wszystkim zmiany chińskiej strategii w sferze stosunków międzynarodowych. Nie byłoby to możliwe bez ewolucji koncepcji i poglądów na sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Stosowanie raczej soft power, niż „twardej siły” zwiększyło rolę chińskiej dyplomacji w oddziaływaniu na innych aktorów stosunków międzynarodowych. Nie bez znaczenia jest wzrost posiadanych przez Chiny zasobów będący efektem dynamicznego rozwoju gospodarczego kraju generującego potężną nadwyżke finansową oraz coraz większa liczba sprawnie i kompetentnie działających dyplomatów i urzędników. Większe niż dotychczas zaangażowanie Chin w organizacjach międzynarodowych, pogłębianie stosunków dwustronnych, wygaszanie konfliktów i podkreślanie, iż Chiny czują się odpowiedzialne za losy świata buduje nowy obraz Państwa Środka. Służy to nie tylko zwiększeniu prestiżu ChRL na arenie międzynarodowej. W znaczący sposób wpływa to także na poprawę bezpieczeństwa Chin z jednej strony, ale z drugiej wymusza to konieczność zabezpieczenia swoich interesów i budowania nowoczesnych sił zbroinych zdolnych działać nie tylko na własnym obszarze i bezpośrednim sąsiedztwie.. Umożliwia to władzom chińskim kontynuowanie reform, których efektem jest nie tylko modernizacja kraju, ale systematyczny wzrost jego potencjału, także militarnego. Tym samym Chiny coraz szybciej zbliżają się do osiągnięcia statusu mocarstwa globalnego. „Nowa Dyplomacja” uwypukla cele koegzystencjalne, zwraca uwagę na takie elementy relacji międzynarodowych, które można by zaliczyć do „interesu wspólnoty międzynarodowej”. Nie oznacza to jednak, iż „Nowa Dyplomacja” nie ma służyć przede wszystkim realizacji interesów Chin. Stworzenie nowego ładu globalnego, opartego na systemie wielobiegunowym wciąż pozostaje istotnym celem chińskiej polityki zagranicznej. Świat bez hegemona, jakim są dzisiaj Stany Zjednoczone, świat wielu mocarstw byłby światem, w którym Chiny posiadałyby z pewnością jeszcze silniejszą, niż dzisiaj pozycję na arenie międzynarodowej oraz umocniłby ich dominację w regionie Azji i Pacyfiku.
Politykę zagraniczną Chin można podzielić na pięć segmentów:
1) Strategia i taktyka Chin w Azji,
2) Dwustronne stosunki z Rosją,
3) Last but Least relacji ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej,
4) UE jako rynek zbytu ,
5) Pozostałe kraje trzeciego świata jako źródło surowcowe i wsparcie polityczne.
W trakcie jej realizacji wystepuje wzajemna korelacja pomiędzy tymi segmentami. Natomiast siła wypływa z wewnętrznych progamów skutecznie poprawiających rozwój gospodarczy. Dlatego zaangażowanie ChRL w Afryce wypływa zarówno z koncepcji polityki zagranicznej w ramach, której potrzebne jest Chinom wsparcie w organizacjach międzynarodowych jak najszerszego gremium ich członków, jak też z polityki wewnętrznej - a może przede wszystkim – gdyż dla jej realizacji potrzebne są gospodarce tanie i na dogodnych warunkach nabywane surowce, aby przedsiebiorstwa poprawiały swoją konkurencyjność względem zachodnich firm. Równolegle wzrost konkurencyjności chińskich na światowych rynkach powoduje upadłości działalności gospodarczej ich konkurencji. Wewnętrznie powodzenie gospodarcze sprzyja stabilizacji społecznej, powolnej poprawie warunków życia ludności, płynnej wymiany kadrowej w anachronicznym jednopartyjnym systemie politycznym, poprawie sytuacji dochodowej w służbach siłowych na czele z kadrą wojskową dzięki wzrostowi nakładów, zminieszanie się rozwarstwienia społecznego. Dzięki wewnętrznej stabilizacji i sukcesom gospodarczym oraz radykalnemu wzrostowi nakładów na siły zbrojne ChRL wzbudza respekt w polityce międzynarodowej. Jednocześnie te sukcesy wymuszają budowanie sobie stref wpływów. W tej konfiguracji właśnie Afryka staje się jedną z takich stref.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
niedziela, 23 stycznia 2011
Finansowe trendy na świecie.
Według oficjalnych informacji ChRL ogłosiła 10,3% r/r wzrost gospodarczy (w 2009 było to 9,8%). Wartość PKB oszacowano na przeszło 6 bln USD. Wartość eksportu w 2010 r. wzrosła o 31,3 proc. r/r. W 2011 r. łączna wartość chińskiego eksportu ma wynieść ok. 1,5 bln dol. Chiny pożyczyły krajom rozwijającym się (dla rządów i firm) w ciągu ostatnich 2 lat 110 mld USD. W tym samym okresie Bank Światowy udzielił pożyczek na ok. 100 mld dol. Udzielając kredytów firmom surowcowym Chiny zapewniły sobie dostawy ropy naftowej m.in. z Rosji, Wenezueli oraz Brazylii. Chińskie kredyty trafiły też do inwestycji infrastrukturalnych w Indiach, w Afryce i w Argentynie.Na tym tle Stany Zjednoczone muszą w 2011 roku pożyczyć 2,88 bln euro, a Japonia - 2,2 bln euro (dla USA to ponad 25 proc. PKB, a dla Japonii to nawet ponad 52 proc. PKB!). W odpowiedzi na amerykańską krytykę chińskiej polityki walutowej prezydent Chin przypomniał, że chińska gospodarka umożliwiła światu wyjście z kryzysu, dzięki niej powstało w świecie ok. 14 mln miejsc pracy, a amerykańscy konsumenci oszczędzili ok. 600 mld dol.W tym miejscu należy zwrócić uwagę,że w styczniu 2005 r., (George W. Bush rozpoczynał swoją drugą kadencję prezydencką), amerykański dług wynosił ok. 7,6 bln dol. Na koniec 2010 r. sięgał już 10,7 mld dol, a w marcu osiągnie poziom 14,3 bln dol. (jest to limit zadłużenia ustalony w ubiegłym roku przez Kongres). Jeśli ten limit nie zostanie podniesiony, to cięcia w wydatkach mogą doprowadzić do powrotu kryzysu i recesji. Równolegle rosną ceny ropy na światowych rynkach. Z krajów OPEC nadeszły ostatnio informacje, że akceptują one cenę 100 dol. za baryłkę i prawdopodobnie nie będzie potrzeby zwoływania nadzwyczajnego posiedzenia tej organizacji. A co w Europie? Potrzeby pożyczkowe rządów krajów strefy euro co prawda spadną o niemal 190 mld euro, ale i tak wyniosą 1,86 bln euro. Ten rok w analizowanym zakresie ma być lepszy niż rok 2010, kiedy to kraje strefy euro musiały pożyczyć z rynków finansowych 2,05 bln euro, aby zrefinansować stare zadłużenie i pokryć bieżące dziury budżetowe. W strukturze tej sumy, która kraje eurolandu muszą pożyczyć deficyty budżetowe wynoszą ok. 540 mld euro, a reszta to sumy, które trzeba zrefinansować (długi krótko i długoterminowe). Problemy te mają istotne znaczenie dla stabilności nie tylko krajów, których dotyczą, ale także dla całej strefy euro i dla europejskiej waluty. Pamiętamy, jaki skutek wywołały zagrożenia w niezdolnością do zrefinansowania (przy sensownych warunkach) zadłużenia i pokrycia deficytu przez rządy Grecji i Irlandii. Świadomość skutków wstrząsnęły strefą euro, a nawet pod znakiem zapytania postawiły spójność tego ugrupowania. By usunąć zagrożenie (przynajmniej na jakiś czas) Grecja otrzymała pożyczkę w wysokości 110 mld euro, a Irlandia – 85mld euro. Te pożyczki zostały sfinansowane przez MFW i kraje strefy euro. Co prawda bieżących kłopotów w tym roku unikną Grecja i Irlandia, ale w „kolejce” czekają Portugalia i Hiszpania, a nawet Włochy i Belgia... Największe potrzeby pożyczkowe w tym roku będą mieć Francja - 385,8 mld euro, Włochy - 381,1 mld euro i Niemcy - 291,6 mld euro. Jednak odnosząc te potrzeby pożyczkowe do wielkości PKB, to kraje unijne są jeszcze we względnie dobrej sytuacji w stosunku do USA, czy Japonii, bo wskaźnik ten w strefie euro wynosi ok. 15% PKB (chociaż dla Grecji to 23,1%, dla Włoch - 22,6% i dla Portugalii - 21,1%).
Na tym tle potrzeby polskiego budżetu nie są wysokie, bo szacuje się je na poziomie 167,5 mld zł, a więc ok. 43 mld euro i stanowi to ok. 11 proc. polskiego PKB. Powyższe cyfry pokazują jaki jest trend na świecie.
Na tym tle potrzeby polskiego budżetu nie są wysokie, bo szacuje się je na poziomie 167,5 mld zł, a więc ok. 43 mld euro i stanowi to ok. 11 proc. polskiego PKB. Powyższe cyfry pokazują jaki jest trend na świecie.
czwartek, 20 stycznia 2011
Afryka jako kierunek chińskiej ekspansji.
Ostatnie dwie dekady to wzrost zainteresowania Chin kontynentem afrykańskim. Tu również zasadniczym motorem napędowym chińskiej ekspansji są szybko rosnące potrzeby energetyczne Państwa Środka, ale też postrzeganie Afryki jako chłonnego i dużego rynku, słabo wykorzystywanego przez Zachód. Z perspektywy Pekinu atutem Afryki jako źródła dostaw surowców naturalnych jest malejące zaangażowanie państw i firm zachodnich, dla których warunki bezpieczeństwa w wielu krajach afrykańskich są poniżej akceptowalnego poziomu ryzyka. Chińczycy są w stanie takie ryzyko ponieść, co więcej – ze względu na swą politykę wobec reżimów afrykańskich są dziś generalnie milej widziani na Czarnym Lądzie niż Amerykanie czy Europejczycy. Chiny sprytnie wykorzystały zaangażowanie się w zimną wojnę państw Zachodu i ZSRR, wchodząc w tym czasie na rynki afrykańskie. Wraz z początkiem Zimnej Wojny, Chiny zaczęły zabiegać o poparcie tego regionu dla polityki „jednych Chin” – oznaczało to pomoc w zamian za nieuznawanie Tajwanu. Sprzyjał temu ostateczny rozpad systemu kolonialnego w Afryce. Odkąd skończyła się „Zimna Wojna” Chiny widziały w Afryce kluczowego sprzymierzeńca w walce z USA, szczególnie w ONZ. Co więcej chciały powstrzymać nawiązywanie kontaktów z krajami afrykańskimi przez Tajwan i dążyły do przejęcia jego partnerów handlowych. Zaangażowanie gospodarcze w tym regionie okazało się niezwykle mądrym posunięciem Pekinu i przynosi w obecnych czasach ogromne korzyści w postaci dostępu do zyskujących coraz bardziej na znaczeniu takich surowców, jak ropa naftowa, metale czy drewno. W okresie lat 80 chińskie firmy zainwestowały ponad 310 mln. USD w 11 państwach na Czarnym Kontynencie. Powyżej 2 000 projektów dotyczących inżynierii i siły roboczej zostało zakończonych w ok. 40 krajach. Więcej niż 200 azjatyckich przedsiębiorstw aktywnie działało na tym rynku. Znaczącym wzrostem zainteresowania afrykański kontynent zaczął się cieszyć od 1993 roku, gdy ChRL z eksportera ropy naftowej i gazu ziemnego stała się importerem tych nośników energii. Do końca roku 2000 Chińczycy posiadali 499 firm w Afryce, które zainwestowały tam 990 mln. USD, a w samym 2000 roku – otworzyli 57 firm i zainwestowali 251 mln. USD. Po co Państwu Środka gospodarcza przychylność Afryki? Po pierwsze, ma zaspokoić surowcowy apetyt chińskiej gospodarki. Chińczycy nie inwestują w Afrykę bez powodu i za darmo. Po drugie, przez inwestycje Chiny chcą budować swą pozycję polityczną jako przywódca państw rozwijających się. Nie robią tego tak hałaśliwie jak Brazylia, ale prowadzą sprytną zagraniczną politykę ekonomiczną i już niedługo w Afryce nic ważnego nie będzie się mogło wydarzyć bez wiedzy Pekinu. Po trzecie, inwestycja w Afrykę to zapobiegliwa rywalizacja o przyszłe rynki zbytu. To cel najbardziej odległy i najmniej konkretny; państwa Czarnego Lądu nadal dysponują bardzo niską siłą nabywczą. Ale Chiny planują długofalowo i zdają sobie sprawę, że mogą tam sprzedawać znacznie tańsze produkty niż do państw rozwiniętych. Chińskie firmy dostają też lukratywne koncesje np. w telekomunikacji - która w Afryce raczkuje i może być świetnym interesem. Jednym z głównych kierunków chińskich działań na arenie międzynarodowej, obok powstrzymywania amerykańskiej hegemonii oraz budowy roli lidera w Azji, jest dążenie do wzmocnienia ładu wielobiegunowego. Na drodze ku temu celowi stoi jednak, obok innych, poważny problem zapewnienia dostaw surowców oraz rynków zbytu dla własnych produktów. Chińskie rezerwy ropy wynoszą w 2010 roku 12 milionów ton metrycznych ropy. Ostatnio wybudowano 10 zbiorników mogących łącznie pomieścić 6 milionów 300 tysięcy baryłek ropy. W budowie znajdują się kolejne zbiorniki. Chiny chcą powiększyć swoje możliwości magazynowania ropy do 50 milionów baryłek. Pekin stara się przekuć obecny sukces gospodarczy na narzędzie, który w przyszłości pomoże usunąć takie przeszkody, a współpraca z państwami rozwijającymi się stanowi tego doskonały przykład. „Chiny, w ostatnich kilku dziesięcioleciach, osiągnęły największe sukcesy w walce z biedą.” Powody chińskiego zainteresowania Afryką wynikają z nadażającej się szansy wykorzystania własnego potencjału ekonomicznego w części świata, zwanym często „zapomnianym kontynentem”. W sytuacji gdy ceny ropy naftowej biją kolejne rekordy, podstawowym interesem staje się zagwarantowanie jej dostaw. Afrykańscy eksporterzy, tj. Angola, Czad , Gwinea Równikowa, Nigeria i Sudan korzystają więc z koniunktury. Poza tym, ChRL traktuje obecną współpracę jako długafalową inwestycję – swoją aktywnością chcą zapewnić sobie mocną pozycję na rynku afrykańskim w przyszłości, bo kontynent z jednym miliardem mieszkańców to doskonały rynek zbytu dla chińskich produktów. Obecnie wprawdzie siła nabywcza społeczeństw kontynentu afrykańskiego pozostaje niewielka jednak w przyszłości, również za sprawą chińskich inwestycji, sytuacja może ulec poprawie. Zapewniwszy sobie uprzywilejowaną pozycję, Chińczycy zyskają dostęp w perspektywie do ogromnego rynku zbytu. Współpraca gospodarcza i udzielana pomoc sprzyja budowaniu pozycji politycznej jako faktycznego przywódcy państw rozwijających się. Tym samym Pekin nawiązuje w jakiś sposób do swej roli w ruchu państw niezaangażowanych z okresu zimnej wojny, z tą różnicą, że aktualnie jego aktywność ma odmienny, bo ekonomiczny charakter. Stosunki handlowe między szybko rozwijającym się mocarstwem gospodarczym – Chinami, a Afryką, zaczęły się szczególnie dynamicznie rozwijać od roku 2004, kiedy prezydent Hu Jintao ogłosił kampanię wzmocnienia stosunków z najuboższym na świecie kontynentem, mimo że kontynent ten jest bogaty w surowce energetyczne i minerały. „Jest sprawą oczywistą, że musimy się uczyć od Chin”, powiedziała liberyjska minister finansów Antoinette Sayeh, na konferencji w Waszyngtonie, która odbyła się 14 kwietnia2007r.
Chińska Republika właśnie obchodzi nadejście nowego - 2010 roku. Ma to być według chińskiego kalendarza rok spod znaku tygrysa, który, zgodnie z wierzeniami, przyniesie odwagę w podejmowaniu decyzji, ale i niepokoje. Te wierzenia nie miałyby jednak takiego rozgłosu na świecie, gdyby nie błyskawiczny wzrost gospodarczy Chin oraz towarzyszący mu rozwój chińskich sił zbrojnych. Rozwijające się nieprzerwanie od 30 lat Chiny stały się drugim najważniejszym graczem na światowym rynku. Ten niebywały postęp wiąże się nie tylko z olbrzymimi zmianami wewnętrznymi kraju, wyciągnięciem z ubóstwa 500 mln Chińczyków, potwierdzeniem wiary we własne możliwości, czy utrzymaniem jedności narodowej. Chiński eksport odnosi sukcesy na całym świecie, jednocześnie stopniowo uzależniając od siebie kraje importujące, w efekcie wygrywania konkurencji z miejscowymi producentami. Wpływy Państwa Środka intensywnie rozwijają się także w krajach trzeciego świata, gdzie szuka ono kolejnych rynków dla swego eksportu i inwestycji, trwa tam wręcz gospodarcza konfrontacja mocarstw. „Paliwem dla gospodarki Państwa Środka jest eksport. Chińczycy podbili światowe rynki dumpingowymi cenami. Tylko oni są w stanie zbudować samochod za 5 tysięcy dolarów albo uszyć kurtkę za 5 dolarów. Statystyki są imponujące […] nadwyżka handlowa w marcu 2006 roku wyniosła 11 miliardow dolarów i jest dwa razy większa niż rok temu, a eksport wzrosł o 30%” . Chiny utrzymują przewagę handlową w wymianie z niemal wszystkimi zakątkami
świata. Prawie każdy Europejczyk codziennie posługuje się przynajmniej kilkoma przedmiotami chińskiej produkcji, co istotniejsze nie tylko tymi z najniższej półki cenowej. Jak wynika z danych Banku Światowego, w samym roku 2005 nadwyżka osiągnęła wartość 101,9
miliardów dolarów . Zysk w bilansie Chiny osiągają ograniczeniami względem importerów, zwłaszcza kosztownych dóbr wysokiej klasy. Operacja pozwala na sztuczne ograniczanie tempa wzrostu juana, a tym samym dostarcza możliwości do manipulowania walutą i narzucania dumpingowych cen . „W lipcu 2005 roku Ludowy Bank Chin zrewaluował juana o 2,1% w stosunku do dolara. Słaby juan sprawia, że tanie chińskie towary zalewają światowe rynki i uniemożliwiają producentom w innych krajach konkurowanie z nimi. […] Szef Banku powiedział, że rewaluacja pomoże zmniejszyć napięcie w światowym handlu, ale nie będzie miała wielkiego wpływu na deficyt wymiany z USA i UE w handlu z Chinami” . Nie można mieć więc wątpliwości, iż liczba produktów z oznaczeniem made in China będzie rosła nieustannie. Od chińskich pieniędzy uzależniony jest najpotężniejszy obecnie kraj świata – Stany Zjednoczone, ponieważ Chiny posiadają olbrzymie ilości amerykańskich obligacji skarbowych. Wszystkie te uzależnienia są przy tym dwustronne – tak jak zagraniczni importerzy są uzależnieni od chińskich produktów, podobnie chińska gospodarka od pieniędzy z eksportu, tak jak siła waluty USA jest uzależniona m.in. od chętnych na zakup obligacji skarbowych, podobnie skupujące je Chiny uzależnione są od stabilności dolara, ponieważ w tej walucie trzymają swe oszczędności, a także dokonują rozliczeń handlowych. Z tej nakręcającej się spirali zależności na razie nie widać wyjścia i cały świat bacznie obserwuje wzrastającą potęgę Chin. Jednak nie tylko zależności gospodarcze mogą być zagrożeniem dla reszty świata.
Chińska Republika właśnie obchodzi nadejście nowego - 2010 roku. Ma to być według chińskiego kalendarza rok spod znaku tygrysa, który, zgodnie z wierzeniami, przyniesie odwagę w podejmowaniu decyzji, ale i niepokoje. Te wierzenia nie miałyby jednak takiego rozgłosu na świecie, gdyby nie błyskawiczny wzrost gospodarczy Chin oraz towarzyszący mu rozwój chińskich sił zbrojnych. Rozwijające się nieprzerwanie od 30 lat Chiny stały się drugim najważniejszym graczem na światowym rynku. Ten niebywały postęp wiąże się nie tylko z olbrzymimi zmianami wewnętrznymi kraju, wyciągnięciem z ubóstwa 500 mln Chińczyków, potwierdzeniem wiary we własne możliwości, czy utrzymaniem jedności narodowej. Chiński eksport odnosi sukcesy na całym świecie, jednocześnie stopniowo uzależniając od siebie kraje importujące, w efekcie wygrywania konkurencji z miejscowymi producentami. Wpływy Państwa Środka intensywnie rozwijają się także w krajach trzeciego świata, gdzie szuka ono kolejnych rynków dla swego eksportu i inwestycji, trwa tam wręcz gospodarcza konfrontacja mocarstw. „Paliwem dla gospodarki Państwa Środka jest eksport. Chińczycy podbili światowe rynki dumpingowymi cenami. Tylko oni są w stanie zbudować samochod za 5 tysięcy dolarów albo uszyć kurtkę za 5 dolarów. Statystyki są imponujące […] nadwyżka handlowa w marcu 2006 roku wyniosła 11 miliardow dolarów i jest dwa razy większa niż rok temu, a eksport wzrosł o 30%” . Chiny utrzymują przewagę handlową w wymianie z niemal wszystkimi zakątkami
świata. Prawie każdy Europejczyk codziennie posługuje się przynajmniej kilkoma przedmiotami chińskiej produkcji, co istotniejsze nie tylko tymi z najniższej półki cenowej. Jak wynika z danych Banku Światowego, w samym roku 2005 nadwyżka osiągnęła wartość 101,9
miliardów dolarów . Zysk w bilansie Chiny osiągają ograniczeniami względem importerów, zwłaszcza kosztownych dóbr wysokiej klasy. Operacja pozwala na sztuczne ograniczanie tempa wzrostu juana, a tym samym dostarcza możliwości do manipulowania walutą i narzucania dumpingowych cen . „W lipcu 2005 roku Ludowy Bank Chin zrewaluował juana o 2,1% w stosunku do dolara. Słaby juan sprawia, że tanie chińskie towary zalewają światowe rynki i uniemożliwiają producentom w innych krajach konkurowanie z nimi. […] Szef Banku powiedział, że rewaluacja pomoże zmniejszyć napięcie w światowym handlu, ale nie będzie miała wielkiego wpływu na deficyt wymiany z USA i UE w handlu z Chinami” . Nie można mieć więc wątpliwości, iż liczba produktów z oznaczeniem made in China będzie rosła nieustannie. Od chińskich pieniędzy uzależniony jest najpotężniejszy obecnie kraj świata – Stany Zjednoczone, ponieważ Chiny posiadają olbrzymie ilości amerykańskich obligacji skarbowych. Wszystkie te uzależnienia są przy tym dwustronne – tak jak zagraniczni importerzy są uzależnieni od chińskich produktów, podobnie chińska gospodarka od pieniędzy z eksportu, tak jak siła waluty USA jest uzależniona m.in. od chętnych na zakup obligacji skarbowych, podobnie skupujące je Chiny uzależnione są od stabilności dolara, ponieważ w tej walucie trzymają swe oszczędności, a także dokonują rozliczeń handlowych. Z tej nakręcającej się spirali zależności na razie nie widać wyjścia i cały świat bacznie obserwuje wzrastającą potęgę Chin. Jednak nie tylko zależności gospodarcze mogą być zagrożeniem dla reszty świata.
sobota, 15 stycznia 2011
Oddziaływanie medialne przedstawicieli ChRL w Afryce.
W Państwach afrykańskich o „ścisłej „ współpracy z ChRL są wydawane chińskie czasopisma. China Radio International (CRI) nadaje z Nairobi program dla trzech milionów słuchaczy w językach chińskim, angielskim i kiswahili. I tak na przykład Pekin dostarczył rządowi Zimbabwe urządzenia do zagłuszania radiostacji dzięki czemu w okresie wyborów rząd zablokował większość programów nadawanych przez radiostacje niezależne. Wiele z uniwersytetów w Afryce wprowadziło naukę chińskiego do swojego programu; nawet komisarz policji w Zimbabwe przykazał uczniom akademii policyjnej naukę chińskiego . Dynamiczny rozwój publicznej dyplomacji jako metody na poprawienie wizerunku Chin jest bardzo widoczny w symbolicznych inwestycjach, takich jak nowy budynek teatru narodowego w Senegalu, czy też chińskiego podarunku (wartego 100 milionów dolarów) dla Unii Afrykańskiej - budowy nowego centrum konferencyjnego dla tej organizacji w jej siedzibie w Addis Abebie . Chiny inwestują też w pozytywny wizerunek własnej kultury i języka. Instytuty Konfucjusza, zagraniczne centra kulturalne (odpowiednik British Council czy Alliance Françoise) istnieją już w 87 państwach. Na kontynencie afrykańskim funkcjonuje obecnie 20 Instytutów Konfucjusza (od Tunezji przez m.in. Liberię, Kamerun, RPA, Madagaskar i Zimbabwe po Rwandę i Mali) prowadzących naukę języka chińskiego i propagujących wiedzę o Chinach. Odbiór chińskiej kultury, czy też w ogóle chińskiej obecności w państwach afrykańskich wolny jest od uprzedzeń i obciążeń wynikających z kolonialnej przeszłości, dlatego kształtuje się bardziej spontanicznie, zależnie od bieżącego rozwoju – dla obydwu stron te ściślejsze kontakty to sytuacja względnie nowa. Dynamika i skala chińskiej aktywności gospodarczej budują atrakcyjny obraz Chin i ich kultury dla obserwatorów afrykańskich, doceniających ich przedsiębiorczość, pracowitość i wytrwałość. W wielu krajach zarówno instytucje chińskie, jak i lokalne szkoły i uniwersytety prowadzą naukę języka chińskiego, który cieszy się coraz większą popularnością, jako język przyszłościowy, pomocny w rozwoju kariery zawodowej. Cytowany przez Jonathana Paye-Layleh’a uczeń darmowej klasy chińskiego w Monrowii, stolicy Liberii, kraju historycznie związanego z USA, zauważa: „Tradycyjnie Liberyjczykom bliżej było do Amerykanów niż Chińczyków, jednak, jak na ironię, dziś to Chińczycy są na nas bardziej otwarci niż Amerykanie” . Chiny osiągnęły w Afryce sukces na jeszcze jednym polu. W roku 2003 konsorcjum Great Wall Industry Corp. wygrało przetarg na budowę, wystrzelenie i obsługę satelity ogłoszony przez Nigerię. Satelita telekomunikacyjny Nigcomsat-1, będący kopia chińskiego DFH-4, został wystrzelony na orbitę okołoziemską w połowie roku 2006. Istotne w tym zdarzeniu było nie to, że chińskie konsorcjum pokonało bardziej doświadczone i dysponujące większym doświadczeniem firmy z USA, UE, Rosji i Japonii, ale to, że Chiny zbudowały i wystrzeliły pierwszego satelitę będącego własnością państwa z Afryki subsaharyjskiej.
Skutki wojen- dług, kryzys gospodarczy i co dalej?
W wyniku rozpętania wojen w Iraku i Afganistanie dług publiczny USA osiągnął rekord wszech czasów i osiągnął pułap ponad 14 bln dol. wg agencji AP. Każdy Amerykanin jest zadłużony na ponad 45 tys. dol.
Niemal połowa obecnego zadłużenia powstała w ciągu ostatnich sześciu lat. Zadłużenie wzrosło z 7,6 bln dol. w 2005 roku, kiedy prezydent George W. Bush zaczynał swą drugą kadencję, do 10,6 bln w dniu, w którym urząd prezydenta objął Barack Obama i do 14,02 bln obecnie.
Dług publiczny zazwyczaj kurczy się w czasach pokoju i rośnie w latach wojny. Gwałtowny skok zadłużenia od 2005 roku przypadł na okres, w którym Stany Zjednoczone prowadziły dwie kosztowne wojny oraz przeszły najgłębsze załamanie gospodarcze od lat 30. XX wieku. W marcu 2011 roku przekroczony zostanie dopuszczalny prawnie limit wysokości długu publicznego, który wynosi 14,3 mld dol. Jeśli limit ten nie zostanie podniesiony, gospodarkę amerykańską czeka katastrofa na miarę kryzysu finansowego z lat 2008-2009. Deficyt budżetowy wyniósł w 2010 roku 1,7 bln dol. W roku bieżącym rząd wyda zapewne o 1,3 bln dol. więcej niż uzyska przychodów. Oznacza to, że na każdego wydanego dolara rząd pożycza 41 centów. USA całkiem realnie mogą się znaleźć na granicy bankructwa. W tej sytuacji Prezydent USA Barack Obama i przywódcy Unii Europejskiej Herman Van Rompuy i Manuel Barroso zaapelowali w sobotę (08.01. 2011)do swych partnerów z grupy G20 o działania na rzecz zrównoważonego wzrostu gospodarczego i unikanie "wojen walutowych" w postaci "konkurencyjnego obniżania kursu walut nie odzwierciedlających podstawowych realiów ekonomicznych". Czy chińczycy bezinteresownie oprócz oficjalnego stanowiska w realnej rzeczywistości się zgodżą - bardzo wątpie. Pytanie pozostaje - jaką cenę wystawią za dalsze finansowanie tego długu - bo około 1 biliona dolarów to są chińskie kredyty. O ile podniosą odsetki.? Jaki ustępstwa uzyskają w międzynarodowych organizacjach? O ile poprawią sobie warunki zbytu chińskich towarów na rynkach kontrolowanych przez USA? Kiedy rozpoczną rozmowy o przyłączeniu Tajwanu? Wojna ekonomiczna trwa i chińczycy w tej rozgrywce narzucają swoje warunki wszędzie tam, gdzie im nadarzy się okazja. Oficjalnie protestowali przeciwko wojnom w Iraku i Afganistanie lub wstrzymywali się od głosu, by zyskać sympatie drugiej strony bo po zakończeniu wojen, robić interesy przy odbudowie. Jednocześnie bardzo chętnie współfinansowali te wojny w postaci kredytów dla USA. Umiejętność zarabiania na obydwu stronach konfliktu to specjalność chińska doskonale przećwiczona na afrykańskim "poligonie doświadczalnym".
Dwugodzinne spotkanie amerykańskiego prezydenta z czołowymi politykami UE odbyło się na marginesie szczytu NATO w Lizbonie. Po spotkaniu obie strony potwierdziły wolę realizacji zobowiązań podjętych na niedawnym szczycie grupy G20 w Seulu i podkreśliły kluczowe znaczenie wzmacniania i pogłębiania handlu światowego. USA i UE obiecały wykorzystać swoje możliwości dla pomyślnego zakończenia w przyszłym roku rokowań handlowych w ramach tzw. rundy z Doha.Negocjacje prowadzone w ramach rundy z Doha mają na celu obniżenie światowych barier handlowych i stymulowanie wzrostu gospodarczego."Podkreśliliśmy nasze zaangażowanie na rzecz zwalczania protekcjonizmu jako odpowiedzi na wyzwania stojące przed naszymi gospodarkami" - to komunikat. A w rzeczywistości to dalsze otwarcie się na chińską produkcje. Jak wjedzie do USA szerokimi "wrotami" chińska produkcja to deklaracje Prezydenta B. Obamy o walce z bezrobociem są czczą mową. Kolejną charakterystyczną cechą zmiany sytuacji jest fakt, że spotkanie z zaufanymi europejskimi partnerami odbyło się po spotkaniach w Azji - Daleki Wschód.To wyznaczyło miejsce Europy w amerykańskiej polityce."Ten szczyt nie był tak ekscytujący jak inne ponieważ zasadniczo zgadzaliśmy się we wszystkim" - powiedział Barack Obama podsumowując spotkanie z przywódcami UE.Czyżby Europie pozostała tylko rola realizacji tego co ustalono na Dalekim Wschodzie?
Niemal połowa obecnego zadłużenia powstała w ciągu ostatnich sześciu lat. Zadłużenie wzrosło z 7,6 bln dol. w 2005 roku, kiedy prezydent George W. Bush zaczynał swą drugą kadencję, do 10,6 bln w dniu, w którym urząd prezydenta objął Barack Obama i do 14,02 bln obecnie.
Dług publiczny zazwyczaj kurczy się w czasach pokoju i rośnie w latach wojny. Gwałtowny skok zadłużenia od 2005 roku przypadł na okres, w którym Stany Zjednoczone prowadziły dwie kosztowne wojny oraz przeszły najgłębsze załamanie gospodarcze od lat 30. XX wieku. W marcu 2011 roku przekroczony zostanie dopuszczalny prawnie limit wysokości długu publicznego, który wynosi 14,3 mld dol. Jeśli limit ten nie zostanie podniesiony, gospodarkę amerykańską czeka katastrofa na miarę kryzysu finansowego z lat 2008-2009. Deficyt budżetowy wyniósł w 2010 roku 1,7 bln dol. W roku bieżącym rząd wyda zapewne o 1,3 bln dol. więcej niż uzyska przychodów. Oznacza to, że na każdego wydanego dolara rząd pożycza 41 centów. USA całkiem realnie mogą się znaleźć na granicy bankructwa. W tej sytuacji Prezydent USA Barack Obama i przywódcy Unii Europejskiej Herman Van Rompuy i Manuel Barroso zaapelowali w sobotę (08.01. 2011)do swych partnerów z grupy G20 o działania na rzecz zrównoważonego wzrostu gospodarczego i unikanie "wojen walutowych" w postaci "konkurencyjnego obniżania kursu walut nie odzwierciedlających podstawowych realiów ekonomicznych". Czy chińczycy bezinteresownie oprócz oficjalnego stanowiska w realnej rzeczywistości się zgodżą - bardzo wątpie. Pytanie pozostaje - jaką cenę wystawią za dalsze finansowanie tego długu - bo około 1 biliona dolarów to są chińskie kredyty. O ile podniosą odsetki.? Jaki ustępstwa uzyskają w międzynarodowych organizacjach? O ile poprawią sobie warunki zbytu chińskich towarów na rynkach kontrolowanych przez USA? Kiedy rozpoczną rozmowy o przyłączeniu Tajwanu? Wojna ekonomiczna trwa i chińczycy w tej rozgrywce narzucają swoje warunki wszędzie tam, gdzie im nadarzy się okazja. Oficjalnie protestowali przeciwko wojnom w Iraku i Afganistanie lub wstrzymywali się od głosu, by zyskać sympatie drugiej strony bo po zakończeniu wojen, robić interesy przy odbudowie. Jednocześnie bardzo chętnie współfinansowali te wojny w postaci kredytów dla USA. Umiejętność zarabiania na obydwu stronach konfliktu to specjalność chińska doskonale przećwiczona na afrykańskim "poligonie doświadczalnym".
Dwugodzinne spotkanie amerykańskiego prezydenta z czołowymi politykami UE odbyło się na marginesie szczytu NATO w Lizbonie. Po spotkaniu obie strony potwierdziły wolę realizacji zobowiązań podjętych na niedawnym szczycie grupy G20 w Seulu i podkreśliły kluczowe znaczenie wzmacniania i pogłębiania handlu światowego. USA i UE obiecały wykorzystać swoje możliwości dla pomyślnego zakończenia w przyszłym roku rokowań handlowych w ramach tzw. rundy z Doha.Negocjacje prowadzone w ramach rundy z Doha mają na celu obniżenie światowych barier handlowych i stymulowanie wzrostu gospodarczego."Podkreśliliśmy nasze zaangażowanie na rzecz zwalczania protekcjonizmu jako odpowiedzi na wyzwania stojące przed naszymi gospodarkami" - to komunikat. A w rzeczywistości to dalsze otwarcie się na chińską produkcje. Jak wjedzie do USA szerokimi "wrotami" chińska produkcja to deklaracje Prezydenta B. Obamy o walce z bezrobociem są czczą mową. Kolejną charakterystyczną cechą zmiany sytuacji jest fakt, że spotkanie z zaufanymi europejskimi partnerami odbyło się po spotkaniach w Azji - Daleki Wschód.To wyznaczyło miejsce Europy w amerykańskiej polityce."Ten szczyt nie był tak ekscytujący jak inne ponieważ zasadniczo zgadzaliśmy się we wszystkim" - powiedział Barack Obama podsumowując spotkanie z przywódcami UE.Czyżby Europie pozostała tylko rola realizacji tego co ustalono na Dalekim Wschodzie?
Podział Sudanu- czy dojdzie i kiedy?
W Afryce zakończyło się referendum w sprawie niepodległości południowego Sudanu. Media podają, że frekwencję wynosiła około 90 procent według szacunków, bo oficjalne wyniki będą dopiero w lutym, jeżeli nie dojdzie do kolejnej wojny domowej. Liczenie głosów ma się zakończyć do końca stycznia, a ogłoszenie ma się odbyć 14.02.2011 roku w Chartumie. Pozostaje pytanie jaki procent wybrał karte z rysunkiem jednej dłoni, która oznaczała niepodległość Południa. Sondaże sugerują, że wyborcy zdecydowanie opowiedzieli się za niepodległością Południa. W mediach mówi się o 197 państwie. Ja bym był ostrożny bo to będzie wydzielony obszar na którym może powstać państwo. Po to aby odbyło się od 9 stycznia 20011 roku referendum potrzeba było ponad 5 lat, a stworzenie systemów państwowych to operacja o wiele kosztowniejsza i trudniejsza logistycznie, prawnie, wojskowo, społecznie, gospodarczo, politycznie itd. Ważnym elementem jest element rozdziału dwóch systemów religijnych. Również mocnym zagrożeniem będzie pogodzenie interesów gospodarczych Chin i Zachodu w tym regionie.Tak jak jestem gorącym zwolennikiem powstania tego państwa, tak mam ogromne obawy o powodzenie całego przedsięwzięcia, które jest tworzone na granicy wielu konfliktów interesów różnych międzynarodowych podmiotów. Referendum przebiegło spokojnie - powiedział na konferencji prasowej w Dżubie przewodniczący komisji referendalnej południowego Sudanu prof. Mohammed Ibrahim Khali. Powstaje pytanie, na ile Ruch Wyzwolenia Sudańczyków (SPLM) jest przygotowany by przejąć na siebie ciężar stworzenia tego Państwa? Należy pamiętać, że w wojnie domowej między arabską północą a afrykańskim południem Sudanu, która trwała 22 lata, zginęło ponad 1,5 mln ludzi. Jest to potężna "rana"! Referendum jej nie zabliźniło. W psychice tamtejszego Narodu ta przykra "pamięć" pozostała!
piątek, 14 stycznia 2011
Jemen jako goepolityczne ogniwo tworzące zagrożenie dla chińskich interesów w Afryce.
Rozwój gospodarczy spowodował rozwój żeglugi, a w konsewencji konieczność zapewnienia jej bezpieczeństwa. Stąd ze względu na import z Arabii Saudyjskiej, Sudanu, Egiptu i innych państw afrykańskich stało się koniecznym zaangażowanie chińskich sił morskich w rejonie Zatoki Adeńskiej. Ze względów geopolitycznych niepokojącym dla ChRL było zaangażowanie się USA w Jemenie. Cieśnina Bab el Mandab między Jemenem, Dżibuti, a Erytreą, jest kluczowym checkpointem na szlaku transportu paliwowego między Rogiem Afryki, a Bliskim Wschodem, łącząc Morze Śródziemne i Ocean Indyjski, przez który płynie 3,5 mln baryłek ropy dziennie do USA, Europy i Azji. Dodatkowo militarna obecność Amerykanów w Jemenie szczelnie zamknęła pierścień baz wokół Iranu. Pojawienie się w tym rejonie al-Kaidy może być zatem przykrywką do kolejnej geopolitycznej partii szachów.
Jemen jest państwem przez wielu badaczy uważanym za kolebkę arabskiego narodu, które również w okresie „zimnej wojny” było newralgicznym punktem na mapie wojskowych strategów. Na północy graniczy z Arabią Saudyjską, wąski odcinek zachodniej granicy jest połączony z Morzem Czerwonym, południową granicę stanowi wyjście na Zatokę Adeńską, a na wschodzie Oman. Wewnętrznie jest wyjątkowo złożonym organizmem państwowym. Jemeński ustrój polityczny skonstruowany jest tak, by lawirować między mozaiką plemion dysponujących w znacznym stopniu terytorialną niezależnością. Na różnice plemienne nakładają się różnice wyznaniowe - nieznaczną większość kraju stanowią sunnici, 45% to szyici. Jemen jest syntetycznym stopem stworzonym w 1990 roku, a częściowo politycznie okrzepłym dopiero po upadku ZSRR, kiedy Ludowo-Demokratyczna Republika Jemenu (LDRJN) straciła swojego głównego sponsora. Prezydent kraju Ali Abdullah Saleh sprawował władzę początkowo jako prezydent północnego Jemenu (od 1978 roku), a później od 1990 jako prezydent zjednoczonego Jemenu. Zjednoczenie północnej i południowej republiki Jemenu było krótkotrwałym sukcesem, zakończonym wybuchem wojny domowej w 1994 roku. Bezpośrednią jej przyczyną był pucz przywódców niegdysiejszej (LDRJN) przeciwko prezydentowi Salehowi. W kwietniu 2008 roku Tariq al-Fadhli, w latach 80-tych członek mudżahedinów afgańskich, zerwał piętnastoletni sojusz z Salehem i dołączył do swych dawnych wrogów z marksistowskiej Socjalistycznej Partii Jemenu na Południu. Al-Fadhli nadał „siłom Południa” nową jakość, stając się wiodącą figurą rebelii. Kolejną częścią składową jemeńskiej układanki, w wymiarze wewnętrznym są jemeńscy szyici. W ostatnim czasie ich lider imam Jahi-al Huti Zaydi oświadczył, o gotowości przyjęcia dwunastkowego szyizmu, będącego oficjalną religią Iranu. Organizacja al-Hutiego zbudowana jest na wzór Hezbollahu w Libanie. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jemeńscy szyici cieszyli się protekcją prezydenta Saleha. W 2004 roku sytuacja radykalnie odwróciła się, a szyici zaczęli coraz częściej stawać się ofiarami ataków wojsk rządowych. We wrześniu 2009 roku, w telewizji Al-Jazzera prezydent Saleh oskarżył lidera szyickich radykałów z Iraku Muktadę As-Sadra oraz Iran o wspieranie rebelii na północy. Jemeński reżim twierdził, że przejął kryjówki broni, wyprodukowanej w Iranie, którą wykorzystywali Houtyści (rebelianci szyiccy), którzy twierdzili, że broń miała saudyjskie oznakowanie. Iran jednoznacznie zaprzeczył jakoby miał cokolwiek wspólnego z dostawami broni, zaś oskarżenia nazwał „pozbawionymi jakichkolwiek dowodów”. Prowadzona przeciwko szyitom od sierpnia 2009 roku zakrojona na szeroką skalę ofensywa pochłonęła 3800 ofiar śmiertelnych, 16000 zostało rannych (liczby te dotyczą zarówno żołnierzy jak i cywilów). 15 i 19 listopada 2009 roku nastąpiła faktyczna internacjonalizacja „kwestii szyickiej” po zbombardowaniu szyickich pozycji w Dżebel-Duchan przez lotnictwo Arabii Saudyjskiej. Saudowie obawiają się, wzmocnienia pozycji szyitów, którzy w samej Arabii stanowią uciskaną mniejszość. Arabska gazeta As-Szark al-Ausat podała, że od 29 listopada 2009 roku również saudyjskie służby specjalne rozpoczęły działania związane z „wojną z terrorem” z aprobatą rządu Saleha. Kontrolujący Arabię Saudyjską Amerykanie obawiają się, że polityczna aktywizacja szyitów na półwyspie arabskim może stworzyć nową geopolityczną konfigurację dając szyickiemu Iranowi możliwość kontroli strategicznej cieśniny Bab-el Mandab . W tym miejscu powiązania irańsko-chińskie przekładają się na postrzeganie Chin przez USA i Arabię Saudyjską jednego z ważniejszych dostawców ropy naftowej. Ironią historii jest fakt, że w czasie pierwszej jemeńskiej wojny domowej w latach 1964-1966 król Arabii Saudyjskiej wspierał szyitów przeciwko świeckim siłom marksistowskim. Od 1990 roku USA i Saudowie jednoznacznie popierają reżim prezydenta Saleha z jego polityką islamizacji, jako sposobem konsolidacji z byłym komunistycznym południem . By utrzymać dyktatorską władzę Saleh oparł się całkowicie na ruchu salafickim. Na południu po przejściu al Fadhliego na pozycje antyreżimowe wzrosło znaczenie ruchu oporu w prowincjach Lahj, Dalea i Hadramout. W do tej pory lojalnych wobec Saleha prowincjach północnych wśród wojskowego personelu i służb cywilnych pojawiły się głosy domagające się podniesienia wynagrodzeń. Ideologiczna mieszanka marksizmu („tradycyjnego” na południu) z islamizującym nurtem al-Fadhliego doprowadziła do wykrystalizowania się ruchu o czysto nacjonalistycznym charakterze do którego włączyły się miejscowe grupy „Al-Kaida” w ramach której działa Nigeryjczyk Abdul Mutallab próbujący 25 grudnia 2009 roku wysadzić w powietrze samolot linii Northwest Airlines, lecący z Amsterdamu do Detroit . Warto w tym miejscu pochylić się nad „problemem” jemeńskiej „al-Kaidy” jej prawdziwym znaczeniu i geopolitycznej eksploatacji. Dochód budżetowy Jemenu w 70% pochodzi z eksportu ropy naftowej. Wizerunek rządzącego „żelazną ręką”, despotycznego, popieranego przez Amerykanów prezydenta Jemenu jest fatalny. Warunki ekonomiczne po zakończeniu w 2008 roku cenowej hipertrofii w rozliczeniach za ropę pogorszyły się drastycznie. Koniec dochodów z ropy oznacza koniec procederu przekupywania opozycji. Siedziba rządu jemeńskiego znajduje się w byłym Jemenie Północnym (Saria), podczas gdy ropa naftowa znajduje się w Jemenie Południowym. Ważnym elementem tej jemeńskiej mozaiki jest medialne „pojawienie się” al-Kaidy - globalnej siatki terrorystów islamskich. Organizacja, od początku wspierana przez CIA, w późnym okresie Zimnej Wojny do walki z ZSRR (głównie w Afganistanie), trenowana przez służby specjalne Arabii Saudyjskiej, rzekomo otworzyła nową komórkę w Jemenie. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że jest to do pewnego stopnia nomenklatura silnie nacechowana politycznie. Prezydent Saleh (sunnita wspierany przez sunnicką Arabię Saudyjską) już teraz wrzucać do jednego worka wszystkich swoich przeciwników i nazywać ich „al-Kaidą”. To kuriozalne „wykorzystanie sytuacji” potwierdzić może jedna z wypowiedzi przedstawiciela amerykańskiego wywiadu, który potwierdził, że w samym Jemenie nie działa więcej jak 200 członków „al-Kaidy”. Owa „al-Kaida” poprzez Internet ogłosiła, że jej liderem na cały Półwysep Arabski został Nasir al-Wahayshi. Grupa składa się ponoć z członków dawnej gałęzi saudyjskiej, jak i dawnej „al-Kaidy” w Jemenie. Za pomocą spekulacji dziennikarskich podawano, że al-Wahayshi, zastępca więzionego w Guantanamo Abu-Sayafa al-Shiriego, wykonującego z kolei polecenia Abu-al Harithiego, (jednej z najważniejszych figur więzionych w bazie na Kubie) jest „produktem” przesłuchujących go oficerów CIA. Dziennikarze śledczy (R. Fisk, F.W.Engdahl) stawiają odważną i kontrowersyjną tezę, że prawdziwym celem przesłuchań jest rekrutacja nowych i obudzenie uśpionych terrorystów, którzy mogą zostać reaktywowani na rozkaz amerykańskiego wywiadu, celem dyskredytacji autentycznych ruchów wolnościowych. Rzeczywiście pod znakiem zapytania stoi obecność akurat w Jemenie dwóch byłych pensjonariuszy obozu w Guantanamo. Al-Fadhli wspomniany wyżej przywódca rebelianckiego „Ruchu Południowego” deklaruje jednoznacznie, że jego dżihadyści nie mają żadnych związków z „al-Kaidą” . W wywiadzie z maja 2009 stwierdził: „Lud południowego Jemenu został najechany 15 lat temu i od tego czasu jest pod brutalną okupacją . Jesteśmy zajęci swoimi problemami nie oglądamy się na sprawy innych. Chcemy tylko naszej niepodległości, chcemy położyć kres okupacji.” Na nieszczęście dla wizerunku ruchu, któremu przewodzi Al-Fadhli w tym samym czasie w Internecie al-Wahayshi, lider jemeńskiej „al-Kaidy”, ogłosił swoje poparcie dla sprawy południowej rebelii: „To co wydarza się w Lahaj, Dhali, Abyan i Hadramaut i innych południowych prowincjach nie może zostać pochwalone. Musimy poprzeć i pomagamy południowcom.”; oraz obiecał zemstę: „Ucisk przeciw wam nie obejdzie się bez kary... zabijanie Muzułmanów na ulicach jest nieuzasadnioną wielką zbrodnią” . Dla bojowników z południa to jak pocałunek Almanzora, dla Amerykanów to wygodny casus beli. Głównodowodzący wojsk amerykańskich w Iraku generał David Petreus, obiecał natychmiast prezydentowi Jemenu pomoc wywiadowczą, a być może nawet wspólne z siłami jemeńskimi akcje zbrojne. Prezydent Obama natychmiast potwierdził decyzję Petreusa zapowiadając rozlokowanie w Jemenie bazy lotniczej i bazy logistycznej służb specjalnych mających, służyć walce z „al-Kaidą”. Obama zapewnił, że nie dopuści do sytuacji (jak w Iraku i Afganistanie), że „amerykańscy chłopcy” wracać będą do domu w plastikowych workach. Kolejnym korzystającym na walce z „al-Kaidą” jest Izrael. Militarna obecność Amerykanów w Jemenie zamyka szczelnie pierścień baz wokół Iranu. W takim wypadku prócz potencjalnej desygnacji Jemenu na lotniskowiec, z którego startować mogłyby izraelskie samoloty atakujące Iran, otwiera się ogromne pole działania dla znanych z perfidii izraelskich służb specjalnych. Co ciekawe równolegle z informacjami na temat terrorystycznego zagrożenia płynącego z Jemenu pojawiły się w CNN wiadomości o nasileniu akcji piratów z Somalii. Mohamed Shakir dowódca somalijskich piratów w rozmowie telefonicznej z gazetą The Times przekazał informację o rzekomym porwaniu statku pływającego pod brytyjską banderą. Magazyn „Stratfor” podaje wprost, że „The Times” używany jest często przez izraelski wywiad do „puszczania w świat” sfabrykowanych, użytecznych historii. W grudniu miały miejsce najpoważniejsze ataki zorganizowane przez somalijskich piratów w ostatnim czasie. Otwartym pozostaje pytanie, kto zaopatruje owych piratów w nowoczesną broń i zaplecze logistyczne niezbędnych do pokonywania wyspecjalizowanych międzynarodowych patroli? 3 stycznia 2010 roku prezydent Somalii Sheik Sharif (nazywany sarkastycznie z racji słabości swych rządów „prezydentem portu lotniczego w Mogadiszu”) ostrzegł w rozmowie telefonicznej prezydenta Saleha o możliwości destabilizacji Jemenu z terenu Somalii. Islamizm okazuje się być absolutnie niezdolnym do powstrzymania Izraela. Izraelski wywiad doprowadził do jego sfragmentaryzowania w Jemenie już w 2008 roku. Jemen jest dla Izraela interesującym „terenem do przejęcia” dzięki wojskowej obecności USA. David Petreus jeśli „ruszy” na Jemen to oczywiście razem z Izraelem i Wielką Brytanią. Cieśnina Bab el Mandab między Jemenem, Dżibuti, a Erytreą, jest kluczowym na szlaku transportu paliwowego checkpointem między Rogiem Afryki, a Bliskim Wschodem, łącząc Morze Śródziemne i Ocean Indyjski, przez który płynie 3,5 mln baryłek ropy dziennie do USA, Europy i Azji. Dodatkowo w Jemenie, leżącym blisko Arabii Saudyjskiej, znajdują się potencjalne złoża ropy naftowej w basenach Masila i Shabwa. Geopolityczne znaczenie strategicznego położenia Jemenu i Somalii powoduje, że znajdują się one na amerykańskiej liście strategicznych naftowych checkopointów. Departament Energii USA obliczył, że „zamknięcie cieśniny Bab-el Mandab mogłoby doprowadzić do konieczności zamknięcia kanału sueskiego dla tankowców, a przez to dostępu do kompleksu rurociągów Sumed, wymuszając na nich trasę dookoła Afryki Południowej. Cieśnina Bab-el Mandab jest checkpointem pośrodku Afryki i Bliskiego Wschodu o strategicznym znaczeniu dla Morza Śródziemnego i Oceanu Indyjskiego” . Co ciekawe Rosjanie próbujący odbudować swoją znaczącą z czasów radzieckich pozycję w regionie, chcieli otworzyć swoją starą bazę w Adenie, ale zostali wyprzedzeni przez USA. Amerykanie zapowiedzieli, że na tym nie poprzestaną, a na liście planowanych lokalizacji kolejnych baz jest jeszcze Somalia i Kenia. Amerykanie wyprzedzili również Chiny, które od dłuższego czasu sygnalizowały potrzebę utworzenia swojej bazy na zachodnim obszarze Oceanu Indyjskiego. Chińczycy swoje bazy wojskowe mogą potencjalnie zainstalować jedynie w Iranie. Pozostałe kraje regionu są już pod kontrolą sił atlantyckich. Kontrola portu Aden w Jemenie przynosi USA gigantyczne korzyści. Otwiera bowiem ogromne możliwości działania. Aden jest bramą do Azji. Kontrola cieśnin Aden i Malakka stawia USA w uprzywilejowanej pozycji, jeśli chodzi o panowanie nad szlakami transportu ropy Oceanu Indyjskiego. Zdaniem M. K. Bhadrakumara, indyjskiego analityka-publicysty „Asian Times”, morskie szlaki Oceanu Indyjskiego są dosłownie „aortami organizmu chińskiej gospodarki”. W regionie Oceanu Indyjskiego Chiny są poddawane coraz większemu naciskowi, w sytuacji, gdy Indie są naturalnym sojusznikiem USA. Oba te państwa są nieprzychylnie nastawione do chińskiej obecności na tym obszarze. Indie negocjują zbliżenie z Kolombo (stolicą Sri Lanki) i Waszyngtonem, które pomogłyby wyprzeć chińskie wpływy ze Sri Lanki. USA angażują również władze Birmy celem wyparcia Chińskich wpływów. Chińska strategia opiera się na wzmacnianiu wpływów w Sri Lance i Birmie tak, by stworzyć nowe szlaki komunikacyjne w rejonie Zatoki Perskiej, Afryki i Bliskiego Wschodu. Chińczycy zaczęli zabiegać o złamanie tradycyjnego monopolu zachodniej dominacji w tamtym regionie. Ostatnio brytyjska prasa poinformowała, że USA wyłączą Birmę z listy krajów „osi zła” jeśli ta przestanie „grać jednostronnie na Chiny”. Poddane presji Chiny są zdeterminowane by zmniejszyć swoje uzależnienie od cieśniny Malakka dla swojego handlu z Europą i Zachodnią Azją. Amerykanom zależy na dalszym duszeniu się Chin między Malezją, a Indonezją. USA nie są zadowolone z wysiłku Chin by dotrzeć do ciepłych wód Zatoki Perskiej przez Centralną Azję i Pakistan. Ten ostatni poddany jest bezprecedensowemu naciskowi (zakrojona na szeroką skalę „operacja antyterrorystyczna” przeniesiona na pakistańskie terytorium w Waziristanie i Beludżystanie). Wymierzone w pakistańskiego potencjalnego sojusznika Chin jest również demonstracyjne zbliżenie Waszyngonu z Indiami. Prowokacyjne żądania (by oddać arsenał jądrowy w ręce USA) ma na celu zmusić Islamabad do dokonania jednoznacznego wyboru na korzyść USA przeciwko Chinom. Nauczeni doświadczeniem w Iraku i Afganistanie Amerykanie nie dokonają pełnej inwazji - stosują jedynie bezzałogowe bombardowania i wysyłając elitarne oddziały służb specjalnych. Bhadrakumar pisze także o możliwości stworzenia w tej sytuacji (zarysowanej w okresie rządów G. Busha juniora) osi USA-Indie-Izrael. Ten projekt geopolityczny aktywnie forsuje izraelskie lobby w USA, zwłaszcza, że wojskowa współpraca Indii z Izraelem stoi na wysokim stadium rozwoju. Potencjalna wojskowa współpraca na linii Waszyngton-Delhi stwarza dla Chińczyków poważnego rywala w regionie. Skompletowana, zamknięta oś geopolityczna USA-Indie-Izrael ma pierwszorzędne znaczenie dla kontroli Półwyspu Arabskiego, Zatoki Perskiej i Oceanu Indyjskiego. Rok temu Indie zainstalowały swoje okręty marynarki wojennej w Omanie. Zdaniem indyjskiego analityka „eksperci” analizując militarne wejście USA do Jemenu, jako polowanie na „al-Kaidę” widzą drzewo, a nie widząc lasu. W tym wszystkim całkowicie opadła maska Obamy, jako proroka „wielkiej zmiany”. Opcja „przejęcia” pełnej kontroli nad Jemenem wymierzona jest przede wszystkim przeciwko Chinom, jako zagrożenie dla chińskiego importu z Sudanu przez port Bab-el Mandab. Widmo pełnej kontroli Jemenu grozi nie tylko Chinom. Może być również zagrożeniem (jako możliwość odcięcia przepływu ropy) dla Unii Europejskiej. Oprócz Chin i UE amerykański biznes w Jemenie stanowi blokadę możliwości manewru przez Arabię Saudyjską (która swój eksport „przepuszcza” przez Bab el-Mandab), gdyby któremuś z mieszkańców Domu Saudów do głowy wpadł niebezpieczny pomysł przejścia w rozliczeniach za ropę na euro lub juany (o czym pisał niezależny dziennikarz brytyjski Robert Fisk). Jak na dłoni widać w polityce Obamy kontynuację ery Busha w stosunku do Izraela-Palestyny, Iranu, Afganistanu, Rosji i Chin. Z rosnącą potęgą tych ostatnich Amerykanie próbują walczyć za pomocą wejścia do Jemenu, który w tym celu ogłoszono „siedliskiem terroryzmu”. Przeciążony amerykański moloch dobrowolnie nie odda swojej pozycji lidera globalnej dominacji. Najwyższe ośrodki decyzyjne amerykańskiego imperium postanowiły: nie można walczyć z Chinami nie zajmując Jemenu.
W poniedziałek 25.10.2010., w stolicy Jemenu – Sanie, podano oficjalną informację, iż rząd tego kraju rozpoczął nowy eksperyment, polegający na dozbrajaniu oraz opłacaniu, co znaczniejszych plemion zamieszkujących ten kraj, w zamian za ich zobowiązanie do podjęcia walki z bojownikami Al-Kaidy.
Przyjęta taktyka przypomina politykę armii amerykańskiej w Iraku, która również polegała na przekonywaniu tamtejszych plemion, by zwróciły się przeciwko tamtejszej Al-Kaidzie. Jednak zamysł ten nie okazał się w pełni skuteczny, głównie poprzez zlekceważenie nieformalnych powiązań Irakijczyków, tak istotnych w społeczeństwach klanowych.
Pomimo stanowienia poważnej siły w Iraku, do tego niezależnej od armii i policji, plemienne Rady Przebudzenia okazały się bardziej organizacją neutralizującą nastoje anty amerykańskie niż siłą zdeterminowaną do walki z Al-Kaidą, co i tak w warunkach irackich, było pozytywne.
Zresztą w marcu 2009 r. aresztowano nawet Hadżiego Adil al-Mashhadaniego, lidera jednej z irackich Rad Przebudzenia, który stwierdził, że nie będzie juz honorował sojuszu zawartego z Amerykanami. Jak widać, zmienność i krótkotrwałość tego rodzaju układów nie pozwala na budowanie długofalowych strategii.
Trzeba zauważyć, że w Jemenie jest to jeszcze trudniejszy proces, bowiem tutejsze plemiona nie mają specjalnie rozbudowanego poczucia lojalności, bardzo często zmieniając swoje sympatie i sojusze, zależnie od uzyskiwanych korzyści. Istotne jest i to, że przez liczne powiązania rodzinne, poszczególne klany niekiedy bardzo zgodnie i ściślej niż w Iraku, współpracują z bojówkami Al-Kaidy, nie zagłębiając się w specjalnie w meandry wielkiej polityki.
Sytuację pogarsza fakt, że rząd centralny prezydenta Ali Abdullaha Saleha nie ma pełni kontroli nad krajem a jego władza właściwie obejmuje tylko stolicę, Sanę. Natomiast silne i stosunkowo dobrze uzbrojone plemiona kontrolują pozostałą część kraju. Saleh wprawdzie niekiedy usiłuje zawierać sojusze z niektórymi grupami i wspierać je, również finansowo, ale nawet te obłaskawione już plemiona wykazują dużą niezależność i nie są skłonne do przyjmowania poleceń z Sany.
W zeszłym tygodniu odbyło się jednak kolejne spotkanie strony rządowej z przedstawicielami jednego z ważniejszych plemion jemeńskich zwanego Awalik. Ustalono, że plemię włączy się w walkę z Al-Kaidą, jak tylko jej bojówki pokażą się na ich terenach.
Gotowość do podjęcia takich działań potwierdził sam gubernator prowincji Shabwa, Ali Hassan Al-Ahmadi, który jednocześnie zapewnił, zapewne zbyt pochopnie, że tereny będące pod kontrola tego plemienia są już właściwie wolne od bojowników Al-Kaidy.
Gubernator zapewne miał na myśli trwającą właśnie ofensywę wojsk rządowych z udziałem prawie 1200 żołnierzy, przeciwko bojownikom Al-Kaidy, obejmującą górzyste tereny plemienne, ok. 460 km na południowy wschód od Sany.
Plemię Awalik zajmujące górzysty obszar o tej samie nazwie, prezentuje dosyć dużą siłę bojową i podzielone jest na kilka oddziałów. Aby zmotywować plemiennych bojowników do efektywnego ścigania Al-Kaidy, rząd zobowiązał się do comiesięcznego wsparcia finansowego każdego z nich w wysokości 50$ oraz zaopatrzenia w amunicję.
Al-Kaida jemeńska składa się natomiast z kilkuset bojowników ukrywających się w górach, które opuszcza tylko po to, by przeprowadzić zaplanowaną akcję. Ich celem są przede wszystkim rządowe siły bezpieczeństwa. Jednak równie chętnie atakują też amerykańskie i europejskie obiekty usytuowane w Sanie.
W organizacji tej ukrywa się też znany terrorysta, urodzony w USA, radykalny duchowny muzułmański, Anwar Al-Awlaki. Stany Zjednoczone umieściły go na liście niebezpiecznych terrorystów, obarczając go odpowiedzialnością za zorganizowanie zamachu (na szczęście nieudanego) na amerykański samolot w święta Bożego Narodzenia oraz prowadzenie korespondencji e-mailowej z mężczyzną, który później zabił 13 osób w bazie wojskowej Fort Hood.
Jednak nowa polityka Jemenu nie dla wszystkich obserwatorów poczynań rządu wydaje się skuteczna. Daje się słyszeć głosy, że stawianie na podział, przez podjudzanie poszczególnych plemion przeciwko sobie, może jeszcze bardziej zdestabilizować sytuację w kraju i wzbudzić dodatkowe konflikty międzyplemienne.
Negatywnie do tych rządowo – plemiennych układów odnoszą się tez niektórzy pomniejsi liderzy plemienni, którzy nawet oskarżają władze o podejmowanie prób oszukania Amerykanów pozornymi działaniami. Jednak stawka o którą walczy rząd, jest warta podejmowania wszelkich akcji, nawet tych skazanych na porażkę.
Amerykanie w tym roku wpompowali już bowiem w ten kraj 150 mln $ w ramach pomocy wojskowej, co z podobną kwotą otrzymaną w ramach pomocy humanitarnej, daje niebagatelną sumę, stanowiącą dużą zachętę, by pokazać Amerykanom, że walka z Al-Kaidą jest priorytetem rządu jemeńskiego. Tak naprawdę, chodzi tylko jednak o zachowanie zagranicznej pomocy.
Oprócz sceptyków wewnątrz plemiennych, głos zabrała tez koalicja największych partii opozycyjnych Jemenu, wydając oświadczenie potępiające politykę naśladującą pomysł walki z Al-Kaidą, znany z działań irackiej Rady Przebudzenia. Według krytyków, naśladowanie eksperymentów realizowanych w innych częściach świata, przyniesie tylko zniszczenie i waśnie, co z pewnością będzie miało zgubny wpływ na następne pokolenia.
Na razie jednak wszystko idzie zgodnie z oficjalnym planem. Na dodatek, aby akcja przeciwko Al-Kaidzie wyglądała poważniej, jemeńskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oświadczyło, że odwołało wszystkie wydane wcześniej pozwolenia na broń palną.
Jednak oprócz miernej siły propagandowej, zarządzenie tego rodzaju nie ma praktycznie żadnego znaczenia w kraju, którego prawie 22 miliony obywateli posiada ponad 60 milionów sztuk broni palnej, w tym ciężkie karabiny maszynowe i wyrzutnie rakiet. Tak więc ani pozwolenia na broń ani zakaz jej posiadania, nie mają tu żadnego realnego znaczenia.
Wojna pozorów, wygórowanych oczekiwań jednych i mniejszych możliwości drugich, będzie tu trwała jeszcze bardzo długo.
Jemen jest państwem przez wielu badaczy uważanym za kolebkę arabskiego narodu, które również w okresie „zimnej wojny” było newralgicznym punktem na mapie wojskowych strategów. Na północy graniczy z Arabią Saudyjską, wąski odcinek zachodniej granicy jest połączony z Morzem Czerwonym, południową granicę stanowi wyjście na Zatokę Adeńską, a na wschodzie Oman. Wewnętrznie jest wyjątkowo złożonym organizmem państwowym. Jemeński ustrój polityczny skonstruowany jest tak, by lawirować między mozaiką plemion dysponujących w znacznym stopniu terytorialną niezależnością. Na różnice plemienne nakładają się różnice wyznaniowe - nieznaczną większość kraju stanowią sunnici, 45% to szyici. Jemen jest syntetycznym stopem stworzonym w 1990 roku, a częściowo politycznie okrzepłym dopiero po upadku ZSRR, kiedy Ludowo-Demokratyczna Republika Jemenu (LDRJN) straciła swojego głównego sponsora. Prezydent kraju Ali Abdullah Saleh sprawował władzę początkowo jako prezydent północnego Jemenu (od 1978 roku), a później od 1990 jako prezydent zjednoczonego Jemenu. Zjednoczenie północnej i południowej republiki Jemenu było krótkotrwałym sukcesem, zakończonym wybuchem wojny domowej w 1994 roku. Bezpośrednią jej przyczyną był pucz przywódców niegdysiejszej (LDRJN) przeciwko prezydentowi Salehowi. W kwietniu 2008 roku Tariq al-Fadhli, w latach 80-tych członek mudżahedinów afgańskich, zerwał piętnastoletni sojusz z Salehem i dołączył do swych dawnych wrogów z marksistowskiej Socjalistycznej Partii Jemenu na Południu. Al-Fadhli nadał „siłom Południa” nową jakość, stając się wiodącą figurą rebelii. Kolejną częścią składową jemeńskiej układanki, w wymiarze wewnętrznym są jemeńscy szyici. W ostatnim czasie ich lider imam Jahi-al Huti Zaydi oświadczył, o gotowości przyjęcia dwunastkowego szyizmu, będącego oficjalną religią Iranu. Organizacja al-Hutiego zbudowana jest na wzór Hezbollahu w Libanie. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jemeńscy szyici cieszyli się protekcją prezydenta Saleha. W 2004 roku sytuacja radykalnie odwróciła się, a szyici zaczęli coraz częściej stawać się ofiarami ataków wojsk rządowych. We wrześniu 2009 roku, w telewizji Al-Jazzera prezydent Saleh oskarżył lidera szyickich radykałów z Iraku Muktadę As-Sadra oraz Iran o wspieranie rebelii na północy. Jemeński reżim twierdził, że przejął kryjówki broni, wyprodukowanej w Iranie, którą wykorzystywali Houtyści (rebelianci szyiccy), którzy twierdzili, że broń miała saudyjskie oznakowanie. Iran jednoznacznie zaprzeczył jakoby miał cokolwiek wspólnego z dostawami broni, zaś oskarżenia nazwał „pozbawionymi jakichkolwiek dowodów”. Prowadzona przeciwko szyitom od sierpnia 2009 roku zakrojona na szeroką skalę ofensywa pochłonęła 3800 ofiar śmiertelnych, 16000 zostało rannych (liczby te dotyczą zarówno żołnierzy jak i cywilów). 15 i 19 listopada 2009 roku nastąpiła faktyczna internacjonalizacja „kwestii szyickiej” po zbombardowaniu szyickich pozycji w Dżebel-Duchan przez lotnictwo Arabii Saudyjskiej. Saudowie obawiają się, wzmocnienia pozycji szyitów, którzy w samej Arabii stanowią uciskaną mniejszość. Arabska gazeta As-Szark al-Ausat podała, że od 29 listopada 2009 roku również saudyjskie służby specjalne rozpoczęły działania związane z „wojną z terrorem” z aprobatą rządu Saleha. Kontrolujący Arabię Saudyjską Amerykanie obawiają się, że polityczna aktywizacja szyitów na półwyspie arabskim może stworzyć nową geopolityczną konfigurację dając szyickiemu Iranowi możliwość kontroli strategicznej cieśniny Bab-el Mandab . W tym miejscu powiązania irańsko-chińskie przekładają się na postrzeganie Chin przez USA i Arabię Saudyjską jednego z ważniejszych dostawców ropy naftowej. Ironią historii jest fakt, że w czasie pierwszej jemeńskiej wojny domowej w latach 1964-1966 król Arabii Saudyjskiej wspierał szyitów przeciwko świeckim siłom marksistowskim. Od 1990 roku USA i Saudowie jednoznacznie popierają reżim prezydenta Saleha z jego polityką islamizacji, jako sposobem konsolidacji z byłym komunistycznym południem . By utrzymać dyktatorską władzę Saleh oparł się całkowicie na ruchu salafickim. Na południu po przejściu al Fadhliego na pozycje antyreżimowe wzrosło znaczenie ruchu oporu w prowincjach Lahj, Dalea i Hadramout. W do tej pory lojalnych wobec Saleha prowincjach północnych wśród wojskowego personelu i służb cywilnych pojawiły się głosy domagające się podniesienia wynagrodzeń. Ideologiczna mieszanka marksizmu („tradycyjnego” na południu) z islamizującym nurtem al-Fadhliego doprowadziła do wykrystalizowania się ruchu o czysto nacjonalistycznym charakterze do którego włączyły się miejscowe grupy „Al-Kaida” w ramach której działa Nigeryjczyk Abdul Mutallab próbujący 25 grudnia 2009 roku wysadzić w powietrze samolot linii Northwest Airlines, lecący z Amsterdamu do Detroit . Warto w tym miejscu pochylić się nad „problemem” jemeńskiej „al-Kaidy” jej prawdziwym znaczeniu i geopolitycznej eksploatacji. Dochód budżetowy Jemenu w 70% pochodzi z eksportu ropy naftowej. Wizerunek rządzącego „żelazną ręką”, despotycznego, popieranego przez Amerykanów prezydenta Jemenu jest fatalny. Warunki ekonomiczne po zakończeniu w 2008 roku cenowej hipertrofii w rozliczeniach za ropę pogorszyły się drastycznie. Koniec dochodów z ropy oznacza koniec procederu przekupywania opozycji. Siedziba rządu jemeńskiego znajduje się w byłym Jemenie Północnym (Saria), podczas gdy ropa naftowa znajduje się w Jemenie Południowym. Ważnym elementem tej jemeńskiej mozaiki jest medialne „pojawienie się” al-Kaidy - globalnej siatki terrorystów islamskich. Organizacja, od początku wspierana przez CIA, w późnym okresie Zimnej Wojny do walki z ZSRR (głównie w Afganistanie), trenowana przez służby specjalne Arabii Saudyjskiej, rzekomo otworzyła nową komórkę w Jemenie. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że jest to do pewnego stopnia nomenklatura silnie nacechowana politycznie. Prezydent Saleh (sunnita wspierany przez sunnicką Arabię Saudyjską) już teraz wrzucać do jednego worka wszystkich swoich przeciwników i nazywać ich „al-Kaidą”. To kuriozalne „wykorzystanie sytuacji” potwierdzić może jedna z wypowiedzi przedstawiciela amerykańskiego wywiadu, który potwierdził, że w samym Jemenie nie działa więcej jak 200 członków „al-Kaidy”. Owa „al-Kaida” poprzez Internet ogłosiła, że jej liderem na cały Półwysep Arabski został Nasir al-Wahayshi. Grupa składa się ponoć z członków dawnej gałęzi saudyjskiej, jak i dawnej „al-Kaidy” w Jemenie. Za pomocą spekulacji dziennikarskich podawano, że al-Wahayshi, zastępca więzionego w Guantanamo Abu-Sayafa al-Shiriego, wykonującego z kolei polecenia Abu-al Harithiego, (jednej z najważniejszych figur więzionych w bazie na Kubie) jest „produktem” przesłuchujących go oficerów CIA. Dziennikarze śledczy (R. Fisk, F.W.Engdahl) stawiają odważną i kontrowersyjną tezę, że prawdziwym celem przesłuchań jest rekrutacja nowych i obudzenie uśpionych terrorystów, którzy mogą zostać reaktywowani na rozkaz amerykańskiego wywiadu, celem dyskredytacji autentycznych ruchów wolnościowych. Rzeczywiście pod znakiem zapytania stoi obecność akurat w Jemenie dwóch byłych pensjonariuszy obozu w Guantanamo. Al-Fadhli wspomniany wyżej przywódca rebelianckiego „Ruchu Południowego” deklaruje jednoznacznie, że jego dżihadyści nie mają żadnych związków z „al-Kaidą” . W wywiadzie z maja 2009 stwierdził: „Lud południowego Jemenu został najechany 15 lat temu i od tego czasu jest pod brutalną okupacją . Jesteśmy zajęci swoimi problemami nie oglądamy się na sprawy innych. Chcemy tylko naszej niepodległości, chcemy położyć kres okupacji.” Na nieszczęście dla wizerunku ruchu, któremu przewodzi Al-Fadhli w tym samym czasie w Internecie al-Wahayshi, lider jemeńskiej „al-Kaidy”, ogłosił swoje poparcie dla sprawy południowej rebelii: „To co wydarza się w Lahaj, Dhali, Abyan i Hadramaut i innych południowych prowincjach nie może zostać pochwalone. Musimy poprzeć i pomagamy południowcom.”; oraz obiecał zemstę: „Ucisk przeciw wam nie obejdzie się bez kary... zabijanie Muzułmanów na ulicach jest nieuzasadnioną wielką zbrodnią” . Dla bojowników z południa to jak pocałunek Almanzora, dla Amerykanów to wygodny casus beli. Głównodowodzący wojsk amerykańskich w Iraku generał David Petreus, obiecał natychmiast prezydentowi Jemenu pomoc wywiadowczą, a być może nawet wspólne z siłami jemeńskimi akcje zbrojne. Prezydent Obama natychmiast potwierdził decyzję Petreusa zapowiadając rozlokowanie w Jemenie bazy lotniczej i bazy logistycznej służb specjalnych mających, służyć walce z „al-Kaidą”. Obama zapewnił, że nie dopuści do sytuacji (jak w Iraku i Afganistanie), że „amerykańscy chłopcy” wracać będą do domu w plastikowych workach. Kolejnym korzystającym na walce z „al-Kaidą” jest Izrael. Militarna obecność Amerykanów w Jemenie zamyka szczelnie pierścień baz wokół Iranu. W takim wypadku prócz potencjalnej desygnacji Jemenu na lotniskowiec, z którego startować mogłyby izraelskie samoloty atakujące Iran, otwiera się ogromne pole działania dla znanych z perfidii izraelskich służb specjalnych. Co ciekawe równolegle z informacjami na temat terrorystycznego zagrożenia płynącego z Jemenu pojawiły się w CNN wiadomości o nasileniu akcji piratów z Somalii. Mohamed Shakir dowódca somalijskich piratów w rozmowie telefonicznej z gazetą The Times przekazał informację o rzekomym porwaniu statku pływającego pod brytyjską banderą. Magazyn „Stratfor” podaje wprost, że „The Times” używany jest często przez izraelski wywiad do „puszczania w świat” sfabrykowanych, użytecznych historii. W grudniu miały miejsce najpoważniejsze ataki zorganizowane przez somalijskich piratów w ostatnim czasie. Otwartym pozostaje pytanie, kto zaopatruje owych piratów w nowoczesną broń i zaplecze logistyczne niezbędnych do pokonywania wyspecjalizowanych międzynarodowych patroli? 3 stycznia 2010 roku prezydent Somalii Sheik Sharif (nazywany sarkastycznie z racji słabości swych rządów „prezydentem portu lotniczego w Mogadiszu”) ostrzegł w rozmowie telefonicznej prezydenta Saleha o możliwości destabilizacji Jemenu z terenu Somalii. Islamizm okazuje się być absolutnie niezdolnym do powstrzymania Izraela. Izraelski wywiad doprowadził do jego sfragmentaryzowania w Jemenie już w 2008 roku. Jemen jest dla Izraela interesującym „terenem do przejęcia” dzięki wojskowej obecności USA. David Petreus jeśli „ruszy” na Jemen to oczywiście razem z Izraelem i Wielką Brytanią. Cieśnina Bab el Mandab między Jemenem, Dżibuti, a Erytreą, jest kluczowym na szlaku transportu paliwowego checkpointem między Rogiem Afryki, a Bliskim Wschodem, łącząc Morze Śródziemne i Ocean Indyjski, przez który płynie 3,5 mln baryłek ropy dziennie do USA, Europy i Azji. Dodatkowo w Jemenie, leżącym blisko Arabii Saudyjskiej, znajdują się potencjalne złoża ropy naftowej w basenach Masila i Shabwa. Geopolityczne znaczenie strategicznego położenia Jemenu i Somalii powoduje, że znajdują się one na amerykańskiej liście strategicznych naftowych checkopointów. Departament Energii USA obliczył, że „zamknięcie cieśniny Bab-el Mandab mogłoby doprowadzić do konieczności zamknięcia kanału sueskiego dla tankowców, a przez to dostępu do kompleksu rurociągów Sumed, wymuszając na nich trasę dookoła Afryki Południowej. Cieśnina Bab-el Mandab jest checkpointem pośrodku Afryki i Bliskiego Wschodu o strategicznym znaczeniu dla Morza Śródziemnego i Oceanu Indyjskiego” . Co ciekawe Rosjanie próbujący odbudować swoją znaczącą z czasów radzieckich pozycję w regionie, chcieli otworzyć swoją starą bazę w Adenie, ale zostali wyprzedzeni przez USA. Amerykanie zapowiedzieli, że na tym nie poprzestaną, a na liście planowanych lokalizacji kolejnych baz jest jeszcze Somalia i Kenia. Amerykanie wyprzedzili również Chiny, które od dłuższego czasu sygnalizowały potrzebę utworzenia swojej bazy na zachodnim obszarze Oceanu Indyjskiego. Chińczycy swoje bazy wojskowe mogą potencjalnie zainstalować jedynie w Iranie. Pozostałe kraje regionu są już pod kontrolą sił atlantyckich. Kontrola portu Aden w Jemenie przynosi USA gigantyczne korzyści. Otwiera bowiem ogromne możliwości działania. Aden jest bramą do Azji. Kontrola cieśnin Aden i Malakka stawia USA w uprzywilejowanej pozycji, jeśli chodzi o panowanie nad szlakami transportu ropy Oceanu Indyjskiego. Zdaniem M. K. Bhadrakumara, indyjskiego analityka-publicysty „Asian Times”, morskie szlaki Oceanu Indyjskiego są dosłownie „aortami organizmu chińskiej gospodarki”. W regionie Oceanu Indyjskiego Chiny są poddawane coraz większemu naciskowi, w sytuacji, gdy Indie są naturalnym sojusznikiem USA. Oba te państwa są nieprzychylnie nastawione do chińskiej obecności na tym obszarze. Indie negocjują zbliżenie z Kolombo (stolicą Sri Lanki) i Waszyngtonem, które pomogłyby wyprzeć chińskie wpływy ze Sri Lanki. USA angażują również władze Birmy celem wyparcia Chińskich wpływów. Chińska strategia opiera się na wzmacnianiu wpływów w Sri Lance i Birmie tak, by stworzyć nowe szlaki komunikacyjne w rejonie Zatoki Perskiej, Afryki i Bliskiego Wschodu. Chińczycy zaczęli zabiegać o złamanie tradycyjnego monopolu zachodniej dominacji w tamtym regionie. Ostatnio brytyjska prasa poinformowała, że USA wyłączą Birmę z listy krajów „osi zła” jeśli ta przestanie „grać jednostronnie na Chiny”. Poddane presji Chiny są zdeterminowane by zmniejszyć swoje uzależnienie od cieśniny Malakka dla swojego handlu z Europą i Zachodnią Azją. Amerykanom zależy na dalszym duszeniu się Chin między Malezją, a Indonezją. USA nie są zadowolone z wysiłku Chin by dotrzeć do ciepłych wód Zatoki Perskiej przez Centralną Azję i Pakistan. Ten ostatni poddany jest bezprecedensowemu naciskowi (zakrojona na szeroką skalę „operacja antyterrorystyczna” przeniesiona na pakistańskie terytorium w Waziristanie i Beludżystanie). Wymierzone w pakistańskiego potencjalnego sojusznika Chin jest również demonstracyjne zbliżenie Waszyngonu z Indiami. Prowokacyjne żądania (by oddać arsenał jądrowy w ręce USA) ma na celu zmusić Islamabad do dokonania jednoznacznego wyboru na korzyść USA przeciwko Chinom. Nauczeni doświadczeniem w Iraku i Afganistanie Amerykanie nie dokonają pełnej inwazji - stosują jedynie bezzałogowe bombardowania i wysyłając elitarne oddziały służb specjalnych. Bhadrakumar pisze także o możliwości stworzenia w tej sytuacji (zarysowanej w okresie rządów G. Busha juniora) osi USA-Indie-Izrael. Ten projekt geopolityczny aktywnie forsuje izraelskie lobby w USA, zwłaszcza, że wojskowa współpraca Indii z Izraelem stoi na wysokim stadium rozwoju. Potencjalna wojskowa współpraca na linii Waszyngton-Delhi stwarza dla Chińczyków poważnego rywala w regionie. Skompletowana, zamknięta oś geopolityczna USA-Indie-Izrael ma pierwszorzędne znaczenie dla kontroli Półwyspu Arabskiego, Zatoki Perskiej i Oceanu Indyjskiego. Rok temu Indie zainstalowały swoje okręty marynarki wojennej w Omanie. Zdaniem indyjskiego analityka „eksperci” analizując militarne wejście USA do Jemenu, jako polowanie na „al-Kaidę” widzą drzewo, a nie widząc lasu. W tym wszystkim całkowicie opadła maska Obamy, jako proroka „wielkiej zmiany”. Opcja „przejęcia” pełnej kontroli nad Jemenem wymierzona jest przede wszystkim przeciwko Chinom, jako zagrożenie dla chińskiego importu z Sudanu przez port Bab-el Mandab. Widmo pełnej kontroli Jemenu grozi nie tylko Chinom. Może być również zagrożeniem (jako możliwość odcięcia przepływu ropy) dla Unii Europejskiej. Oprócz Chin i UE amerykański biznes w Jemenie stanowi blokadę możliwości manewru przez Arabię Saudyjską (która swój eksport „przepuszcza” przez Bab el-Mandab), gdyby któremuś z mieszkańców Domu Saudów do głowy wpadł niebezpieczny pomysł przejścia w rozliczeniach za ropę na euro lub juany (o czym pisał niezależny dziennikarz brytyjski Robert Fisk). Jak na dłoni widać w polityce Obamy kontynuację ery Busha w stosunku do Izraela-Palestyny, Iranu, Afganistanu, Rosji i Chin. Z rosnącą potęgą tych ostatnich Amerykanie próbują walczyć za pomocą wejścia do Jemenu, który w tym celu ogłoszono „siedliskiem terroryzmu”. Przeciążony amerykański moloch dobrowolnie nie odda swojej pozycji lidera globalnej dominacji. Najwyższe ośrodki decyzyjne amerykańskiego imperium postanowiły: nie można walczyć z Chinami nie zajmując Jemenu.
W poniedziałek 25.10.2010., w stolicy Jemenu – Sanie, podano oficjalną informację, iż rząd tego kraju rozpoczął nowy eksperyment, polegający na dozbrajaniu oraz opłacaniu, co znaczniejszych plemion zamieszkujących ten kraj, w zamian za ich zobowiązanie do podjęcia walki z bojownikami Al-Kaidy.
Przyjęta taktyka przypomina politykę armii amerykańskiej w Iraku, która również polegała na przekonywaniu tamtejszych plemion, by zwróciły się przeciwko tamtejszej Al-Kaidzie. Jednak zamysł ten nie okazał się w pełni skuteczny, głównie poprzez zlekceważenie nieformalnych powiązań Irakijczyków, tak istotnych w społeczeństwach klanowych.
Pomimo stanowienia poważnej siły w Iraku, do tego niezależnej od armii i policji, plemienne Rady Przebudzenia okazały się bardziej organizacją neutralizującą nastoje anty amerykańskie niż siłą zdeterminowaną do walki z Al-Kaidą, co i tak w warunkach irackich, było pozytywne.
Zresztą w marcu 2009 r. aresztowano nawet Hadżiego Adil al-Mashhadaniego, lidera jednej z irackich Rad Przebudzenia, który stwierdził, że nie będzie juz honorował sojuszu zawartego z Amerykanami. Jak widać, zmienność i krótkotrwałość tego rodzaju układów nie pozwala na budowanie długofalowych strategii.
Trzeba zauważyć, że w Jemenie jest to jeszcze trudniejszy proces, bowiem tutejsze plemiona nie mają specjalnie rozbudowanego poczucia lojalności, bardzo często zmieniając swoje sympatie i sojusze, zależnie od uzyskiwanych korzyści. Istotne jest i to, że przez liczne powiązania rodzinne, poszczególne klany niekiedy bardzo zgodnie i ściślej niż w Iraku, współpracują z bojówkami Al-Kaidy, nie zagłębiając się w specjalnie w meandry wielkiej polityki.
Sytuację pogarsza fakt, że rząd centralny prezydenta Ali Abdullaha Saleha nie ma pełni kontroli nad krajem a jego władza właściwie obejmuje tylko stolicę, Sanę. Natomiast silne i stosunkowo dobrze uzbrojone plemiona kontrolują pozostałą część kraju. Saleh wprawdzie niekiedy usiłuje zawierać sojusze z niektórymi grupami i wspierać je, również finansowo, ale nawet te obłaskawione już plemiona wykazują dużą niezależność i nie są skłonne do przyjmowania poleceń z Sany.
W zeszłym tygodniu odbyło się jednak kolejne spotkanie strony rządowej z przedstawicielami jednego z ważniejszych plemion jemeńskich zwanego Awalik. Ustalono, że plemię włączy się w walkę z Al-Kaidą, jak tylko jej bojówki pokażą się na ich terenach.
Gotowość do podjęcia takich działań potwierdził sam gubernator prowincji Shabwa, Ali Hassan Al-Ahmadi, który jednocześnie zapewnił, zapewne zbyt pochopnie, że tereny będące pod kontrola tego plemienia są już właściwie wolne od bojowników Al-Kaidy.
Gubernator zapewne miał na myśli trwającą właśnie ofensywę wojsk rządowych z udziałem prawie 1200 żołnierzy, przeciwko bojownikom Al-Kaidy, obejmującą górzyste tereny plemienne, ok. 460 km na południowy wschód od Sany.
Plemię Awalik zajmujące górzysty obszar o tej samie nazwie, prezentuje dosyć dużą siłę bojową i podzielone jest na kilka oddziałów. Aby zmotywować plemiennych bojowników do efektywnego ścigania Al-Kaidy, rząd zobowiązał się do comiesięcznego wsparcia finansowego każdego z nich w wysokości 50$ oraz zaopatrzenia w amunicję.
Al-Kaida jemeńska składa się natomiast z kilkuset bojowników ukrywających się w górach, które opuszcza tylko po to, by przeprowadzić zaplanowaną akcję. Ich celem są przede wszystkim rządowe siły bezpieczeństwa. Jednak równie chętnie atakują też amerykańskie i europejskie obiekty usytuowane w Sanie.
W organizacji tej ukrywa się też znany terrorysta, urodzony w USA, radykalny duchowny muzułmański, Anwar Al-Awlaki. Stany Zjednoczone umieściły go na liście niebezpiecznych terrorystów, obarczając go odpowiedzialnością za zorganizowanie zamachu (na szczęście nieudanego) na amerykański samolot w święta Bożego Narodzenia oraz prowadzenie korespondencji e-mailowej z mężczyzną, który później zabił 13 osób w bazie wojskowej Fort Hood.
Jednak nowa polityka Jemenu nie dla wszystkich obserwatorów poczynań rządu wydaje się skuteczna. Daje się słyszeć głosy, że stawianie na podział, przez podjudzanie poszczególnych plemion przeciwko sobie, może jeszcze bardziej zdestabilizować sytuację w kraju i wzbudzić dodatkowe konflikty międzyplemienne.
Negatywnie do tych rządowo – plemiennych układów odnoszą się tez niektórzy pomniejsi liderzy plemienni, którzy nawet oskarżają władze o podejmowanie prób oszukania Amerykanów pozornymi działaniami. Jednak stawka o którą walczy rząd, jest warta podejmowania wszelkich akcji, nawet tych skazanych na porażkę.
Amerykanie w tym roku wpompowali już bowiem w ten kraj 150 mln $ w ramach pomocy wojskowej, co z podobną kwotą otrzymaną w ramach pomocy humanitarnej, daje niebagatelną sumę, stanowiącą dużą zachętę, by pokazać Amerykanom, że walka z Al-Kaidą jest priorytetem rządu jemeńskiego. Tak naprawdę, chodzi tylko jednak o zachowanie zagranicznej pomocy.
Oprócz sceptyków wewnątrz plemiennych, głos zabrała tez koalicja największych partii opozycyjnych Jemenu, wydając oświadczenie potępiające politykę naśladującą pomysł walki z Al-Kaidą, znany z działań irackiej Rady Przebudzenia. Według krytyków, naśladowanie eksperymentów realizowanych w innych częściach świata, przyniesie tylko zniszczenie i waśnie, co z pewnością będzie miało zgubny wpływ na następne pokolenia.
Na razie jednak wszystko idzie zgodnie z oficjalnym planem. Na dodatek, aby akcja przeciwko Al-Kaidzie wyglądała poważniej, jemeńskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oświadczyło, że odwołało wszystkie wydane wcześniej pozwolenia na broń palną.
Jednak oprócz miernej siły propagandowej, zarządzenie tego rodzaju nie ma praktycznie żadnego znaczenia w kraju, którego prawie 22 miliony obywateli posiada ponad 60 milionów sztuk broni palnej, w tym ciężkie karabiny maszynowe i wyrzutnie rakiet. Tak więc ani pozwolenia na broń ani zakaz jej posiadania, nie mają tu żadnego realnego znaczenia.
Wojna pozorów, wygórowanych oczekiwań jednych i mniejszych możliwości drugich, będzie tu trwała jeszcze bardzo długo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
