piątek, 30 maja 2008

Ocieplenie.

Ociepla się? I dobrze!
Ostrzegając nas przed negatywnymi skutkami zmian klimatycznych politycy popadają w przesadę – twierdzi duński politolog Bjorn Lomborg
Pieniądze przeznaczone na walkę z dwutlenkiem węgla mogłyby być spożytkowane na znacznie pilniejsze i ważniejsze cele.
W książce zatytułowanej "Cool It: The Skeptical Environmentalist's Guide to Global Warming" ("Na zimno: wskazówki sceptycznego ekologa dotyczące globalnego ocieplenia") duński profesor nauk politycznych Bjorn Lomborg podważa postanowienia Protokołu z Kioto jako sposobu na przeciwdziałanie zmianom klimatycznym. Uczony twierdzi – a na poparcie swojej tezy przytacza dane z różnych źródeł – że próby ograniczenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery są bardzo kosztowne i dają niewspółmiernie słabe wyniki. Uważa, że pieniądze wydawane na ten cel powinno się przeznaczyć na rozwiązanie innych poważnych problemów, z jakimi zmaga się obecnie ludzkość: na walkę z malarią, AIDS czy głodem.
Lomborg oskarża Ala Gore’a o sianie paniki i zapewnia, że dane dotyczące skutków globalnego ocieplenia są wyolbrzymione. On sam uważa, że zjawisko to może mieć również pozytywne efekty, na przykład w postaci zmniejszenia liczby osób umierających z zimna.La Vanguardia: Prezentuje pan swoją książkę jako rodzaj poradnika. Po co ją pan napisał?Bjorn Lomborg: Nie miałem zamiaru wywoływać polemiki. Chcę tylko, aby w tej sprawie zrobiono wszystko, co możliwe i aby inni nie siali paniki w związku z globalnym ociepleniem podając na ten temat błędne informacje. Naszym celem powinno być ratowanie ludzi umierających z powodu malarii, powodzi lub wzrostu temperatur. Nie należy z niczym przesadzać.Twierdzi pan, że pieniądze przeznaczane na redukcję emisji dwutlenku węgla powinno wykorzystać się na walkę z głodem lub z AIDS. Czy te cele wykluczają się wzajemnie?Nie można zajmować się wszystkim jednocześnie. Jeśli Bill Gates ofiaruje pięć miliardów dolarów na walkę z malarią, nie zużyjemy ich na przeciwdziałanie zmianom klimatycznym. A jeśli Richard Branson wpłaci trzy miliardy na zahamowanie procesu ocieplenia, nie wykorzystamy ich na zwalczanie malarii. Te pieniądze można wydać tylko raz i musimy się zastanowić, gdzie przyniosą one najlepsze efekty.A może należałoby na te wymienione przez pana cele wykorzystywać środki pochodzące na przykład z handlu bronią, zamiast sięgać do funduszy przeznaczonych na ratowanie planety? To prawda, że wydajemy dziś mnóstwo pieniędzy na zbrojenia i na kremy do twarzy. Nie sądzę jednak, by zaprzestanie produkcji broni przyniosło nam jakieś korzyści, ani że kobiety dla dobra ogółu przestaną się malować. Jest jednak dużo pieniędzy, które można wykorzystać w słusznej sprawie. Jeśli chodzi o środki przeznaczane na zahamowanie zmian klimatycznych, to uważam, że można je znacznie lepiej wykorzystać. Kiedy Al Gore twierdzi, że zahamowanie globalnego ocieplenia poprawi sytuację w kwestii malarii, to mówi o uratowaniu jednej osoby, podczas gdy te same pieniądze przeznaczone na bardziej bezpośrednie programy przeciwdziałania tej chorobie, jak choćby zakup moskitier, pozwoliłyby uratować 35 tys. osób.Z zebranych przez pana danych wynika, że na skutek globalnego ocieplenia mniej ludzi będzie umierać z zimna i będziemy mieć więcej wody pitnej. Czy to nie pozostaje w sprzeczności z innymi naukowymi opracowaniami?Nie. Eksperci wiedzą, że ocieplenie będzie miało zarówno dobre, jak i złe skutki, chociaż ostateczny bilans wypada negatywnie. Problem polega na tym, że ludzie tacy jak Al Gore skupiają się na tym, co złe, nie wspominając o pozytywach. Ja nie neguję problemów. To prawda, że nadejdą fale upałów i ludzie będą z tego powodu umierać. Ale prawdą jest również to, że mniej osób będzie umierało z zimna. Podniesie się poziom morza, będzie więcej burz, huraganów, a mimo to problem zmiany klimatu nie jest wcale tak poważny, jak nam się go przedstawia.W każdym razie problem istnieje, jak pan sam przyznaje, a postanowienia Protokołu z Kioto nie rozwiązują sytuacji. Jakie alternatywne rozwiązania można by zaproponować, aby sytuacja nie pogorszyła się w przyszłości?Problem z Protokołem z Kioto polega na tym, że zaleca on rozwiązania bardzo kosztowne, a mało skuteczne. Unia Europejska ma zamiar do 2020 roku ograniczyć o 20 procent emisję gazów cieplarnianych do atmosfery, a to oznacza wydatki w wysokości 60 miliardów rocznie. W ten sposób jednak uda się jedynie opóźnić ocieplenie o dwa lata.Nie mówię tego po to, żeby wywołać panikę. Uważam po prostu, że należy szukać bardziej skutecznych i tańszych technologii, które zapewnią długotrwałe efekty. W 2009 roku w Kopenhadze ma paść propozycja, aby 0,05 procent PKB inwestować w czyste źródła energii, dziesięć razy bardziej skuteczne niż te proponowane przez Protokół z Kioto i jak się okazuje dziesięciokrotnie tańsze. Chodzi o to, aby szukać inteligentnych rozwiązań. Dziś baterie słoneczne są dziesięć razy droższe niż korzystanie z paliw kopalnych, ale we wszystkich krajach władze chcą, abyśmy je instalowali na dachach. Dlatego uważam, że trzeba inwestować w badania i rozwój, aby doprowadzić do obniżenia kosztów. Wtedy, powiedzmy w 2060 roku, do tego ruchu roku będą mogły przyłączyć się również Indie i Chiny.Ale co stanie się biednymi krajami, na przykład w Afryce, gdzie znacznie bardziej niż w Europie będą odczuwalne skutki wzrostu temperatur? Czy zdołamy powstrzymać proces ocieplania się klimatu do 2060 roku?To oczywiste, że Trzeci Świat będzie najbardziej poszkodowany. Czy jednak mamy pomagać tym krajom hamując zmiany klimatyczne, czy też po prostu pomagać? Nawet jeśli do 2020 roku uda się ograniczyć emisje gazów cieplarnianych, to nadal będą występować powodzie, susze i niedostatek pożywienia. Trzeba pomagać tym krajom w inny sposób, na przykład poprzez profilaktykę przeciwko malarii, podniesienie wydajności produkcji i poprawę sytuacji gospodarczej. Niektórzy twierdzą, że globalne ocieplenie spowoduje wzrost zachorowań na malarię.Problem polega na tym, że emitowany przez nas dwutlenek węgla kumuluje się w atmosferze.To prawda. Ta kumulacja jest nieunikniona. Jak podaje Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), w 2030 roku udział energii pozyskiwanej z alternatywnych źródeł będzie wynosił 14 proc. Nawet jeśli bardzo się postaramy, podniesiemy ten wynik zaledwie do 16 procent. Widać więc, że w ten sposób nie uda nam się wiele osiągnąć. Co więcej, do roku 2030 poziom emisji gazów cieplarnianych w samych Chinach będzie wynosił tyle, ile dziś na całym świecie. Trzeba więc skoncentrować się na badaniach i na rozwiązywaniu innych problemów.W pańskiej analizie brakuje informacji o skutkach globalnego ocieplenia dla bioróżnorodności. Czy to oznacza, że mamy z niej zrezygnować?Wcale nie. Mógłbym na ten temat napisać osobną książkę. Zawsze mówiło się o tym, że grozi nam utrata 20 lub 30 procent wszystkich gatunków. W latach 80. prognozowano, że do 2000 roku zniknie 20 procent gatunków, a wcale tak się nie stało. Ludzie zawsze przesadzają. Dlatego upieram się, że należy inwestować w badania, ale takie, które przyniosą długotrwałe rozwiązania. W kierunku jakich form energii radziłby pan zwrócić się w tych badaniach? Wybór jest bardzo trudny. Mówimy o energii słonecznej i o energii wiatru, o przechwytywaniu węgla (Carbon Capture and Storage – CCS) i o zwiększeniu wydajności biopaliw; o jądrowych reakcjach syntezy i rozszczepienia i o nowych technologiach. Wykorzystanie energii jądrowej to jedynie połowiczne rozwiązanie, ponieważ jest ona znacznie droższa niż używanie paliw kopalnych, a w dodatku umiejscowienie tego rodzaju elektrowni w Trzecim Świecie wiąże się z ogromnym ryzykiem.Jedynym realistycznym rozwiązaniem jest wykorzystanie czystych, odnawialnych źródeł energii. Skupianie się na redukcji emisji gazów niczego nie rozwiązuje, bo nawet jeśli uda nam się obniżyć poziom emisji o 20 procent, to nadal będziemy mieli pozostałe 80 procent, a w dodatku Indie i Chiny nie mają zamiaru przyłączyć się do tych starań. Naszym celem powinno być poszukiwanie tańszych technologii, z których mogłyby skorzystać wszystkie kraje na świecie.

Brak komentarzy: